Tak późno dzwonią tylko dwie rzeczy: zła wiadomość albo pomyłka, która i tak zostawia człowieka roztrzęsionego.
Na ekranie obcy numer.
Odebrałam niechętnie, już z tym nieprzyjemnym przeczuciem, że coś się stało.
— Halo?
Przez chwilę było tylko ciężkie, urywane oddychanie, jakby ktoś biegł, ale… biegł w miejscu.
A potem usłyszałam głos. Kobiecy, cienki, drżący, pełen łez.
— Cześć, córeczko… Upadłam i nie mogę wstać…
Zamarłam.
To nie był głos mojej mamy. Moja mama nie mówi do mnie „córeczko”. I na pewno nie dzwoniłaby o tej porze z obcego numeru.
— Proszę pani, ja… chyba ma pani zły numer — powiedziałam powoli.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem rozległ się cichy szloch, taki, że aż ścisnęło mi gardło.
— Nie… nie mam… innego… — wyszeptała. — Ona… ona nie odbiera… A ja leżę… zimno mi…
Usłyszałam w tle coś jak szuranie. Jakby próbowała przesunąć się po podłodze.
— Gdzie pani jest? — zapytałam odruchowo.
— W domu — odpowiedziała. — W kuchni… przy szafce… Noga… ja nie wiem, czy złamana…
Głos jej pękł. Usłyszałam, jak wciąga powietrze przez zęby, żeby nie krzyczeć.
Mój żołądek zawiązał się w supeł.
— Jak ma pani na imię? — spytałam.
— Zofia — wyszeptała. — Zosieńka… tak mnie wołała… — urwała, jakby poczuła wstyd, że mówi za dużo. — Córeczko… ja nie chciałam przeszkadzać…
W tej jednej chwili zrozumiałam, dlaczego powiedziała „córeczko”. Nie dlatego, że mnie pomyliła. Tylko dlatego, że była sama. I musiała udawać, że po drugiej stronie jest ktoś bliski, bo inaczej nie miałaby siły mówić.
— Proszę pani Zofio, słyszy mnie pani? — powiedziałam twardo, jakbym była ratownikiem, a nie zwykłą kobietą w piżamie. — Dzwonię po pogotowie. Proszę się nie rozłączać. Ma pani telefon przy sobie?
— Tak… tak… trzymam… — szlochała. — Boli… Boże, boli…
— Oddycha pani normalnie? Ma pani zawroty głowy? — pytałam, sama zdziwiona, że umiem mówić tak spokojnie.
— Nie… tylko… zimno… — powtarzała.
Rozejrzałam się nerwowo po mieszkaniu, jakby w moim salonie miała być odpowiedź, co robić. Drżącymi palcami włączyłam drugi telefon, wybrałam numer alarmowy i zaczęłam mówić szybko, urywanym głosem:
— Mam na linii starszą panią, upadła w domu, leży w kuchni, mówi, że nie może wstać, boli ją noga, jest sama…
Dyspozytorka zapytała o adres.
I wtedy uderzyła mnie myśl: ja nie mam jej adresu.
— Pani Zofio — wróciłam do rozmowy, serce mi waliło — gdzie pani mieszka? Jaki adres?
Znów szuranie. Długi oddech.
— Na… na Słonecznej… numer… — urwała. — Nie pamiętam… ja… ja mam na szafce… kartkę…
Słyszałam, jak próbuje się podciągnąć, ale jęknęła tak, że aż mnie zmroziło.
— Proszę się nie ruszać! — krzyknęłam. — Niech pani nie próbuje wstawać!
— Ja muszę… powiedzieć… — płakała. — Bo inaczej… nikt nie przyjedzie…
Wtedy dyspozytorka w słuchawce powiedziała chłodno:
— Proszę uzyskać dokładny adres. Bez tego nie wyślę zespołu.
Jakby życie człowieka było formularzem.
Po drugiej stronie pani Zofia zaczęła się jąkać:
— Słoneczna… blok… chyba… cztery… nie… pięć…
A ja czułam, że czas ucieka.
— Pani Zofio, proszę rozejrzeć się… czy widzi pani coś z adresem? Kopertę? Rachunek? Cokolwiek? — mówiłam, łamiącym się głosem, ale starałam się trzymać ton.
Była chwila ciszy, potem bardzo cichy szept:
— Rachunek… za prąd… na stole… ja… nie sięgnę…
I wtedy zrobiło mi się naprawdę strasznie. Bo dotarło do mnie, że ona może leżeć tam godzinę, dwie, całą noc. Że może mieć krwotok wewnętrzny, udar, złamanie szyjki. Że może zamarznąć we własnej kuchni, a ja będę słyszeć jej oddech, aż nagle przestanie.
— Proszę pani, czy ma pani kogoś blisko? Sąsiadkę? Kogoś, do kogo można zadzwonić? — zapytałam.
Zawahała się, jakby walczyła ze wstydem.
— Mam… córkę… ale… ona… ona się gniewa… — wyszeptała. — Powiedziała, że mam nie dzwonić po nocach… że przesadzam… a ja… ja tylko chciałam… usłyszeć głos…
W tej chwili wszystko we mnie pękło.
Bo zrozumiałam, że to nie jest przypadkowy telefon. To jest telefon człowieka, który już nie ma wyboru. Który wie, że jak nie zadzwoni do obcego, to nikt nie przyjdzie.
— Dobrze, pani Zofio — powiedziałam najłagodniej, jak umiałam. — Jest pani dzielna. Zadzwoniła pani. To dobrze. Teraz spróbujemy inaczej. Czy ma pani w telefonie zapisany adres? Może w kontaktach? Może jako „dom”?
— Ja… ja nie umiem… — płakała.
— Proszę powiedzieć mi, w jakim mieście pani jest.
— W… Wrocław… — wyszeptała.
Wrocław. Słoneczna. Setki „Słonecznych”.
Zacisnęłam zęby. Pomyślałam błyskawicznie o jednym: lokalizacja. W wielu telefonach dyspozytorzy potrafią namierzyć połączenie, ale nie zawsze. Nie mogłam ryzykować.
— Pani Zofio, czy w okolicy jest ktoś, kto mógłby usłyszeć pani głos? Może sąsiad za ścianą? Czy może pani uderzyć czymś w podłogę? — zapytałam.
Usłyszałam szuranie, a potem głuchy stuk. Jeszcze jeden. Jakby stukała telefonem.
— Dobrze — powiedziałam do dyspozytorki. — Ona jest we Wrocławiu, ulica Słoneczna. Nie pamięta numeru. Jest sama. Proszę wysłać patrol lub pogotowie z prośbą o sprawdzenie klatek na Słonecznej — ona leży i stuka, może sąsiedzi usłyszą. To może być złamanie.
W słuchawce cisza, potem westchnienie.
— Dobrze, spróbujemy — powiedziała dyspozytorka w końcu. — Proszę pozostać na linii.
Trzymałam telefon, a pani Zofia wciąż płakała.
— Córeczko… przepraszam… — szeptała. — Ja wiem, że ty nie moja… ale… tak bardzo się bałam…
— Nie przeprasza pani — powiedziałam i poczułam, że mam łzy w oczach. — Najważniejsze, że pani zadzwoniła.
— Ona… ona kiedyś była dobra… — mówiła przez szloch. — Ale potem… mąż ją zostawił… a ja powiedziałam coś głupiego… i ona… ona mnie skreśliła… Ja już nie mam nikogo… tylko telewizor…
Słuchałam tego i czułam, jak wzbiera we mnie gniew. Nie na nią. Na świat, który pozwala, żeby człowiek leżał na kafelkach i musiał udawać, że dzwoni do córki, żeby mieć odwagę prosić o ratunek.
Minęło może dziesięć minut, a mnie wydawało się, że godzina. W końcu pani Zofia nagle zamilkła, jakby nasłuchiwała.
— Słyszy pani coś? — zapytałam.
— Kroki… — wyszeptała. — Ktoś… puka…
A potem rozległ się męski głos gdzieś daleko:
— Halo? Pani Zosiu? Wszystko w porządku?
Sąsiad. Ktoś usłyszał.
Pani Zofia rozpłakała się jeszcze bardziej, ale tym razem z ulgi.
— Tutaj… ja tu… nie mogę wstać…
Usłyszałam, jak drzwi się otwierają, jak ktoś mówi: „proszę się nie ruszać”, „już dzwonię”, „spokojnie”.
Ja stałam w swoim mieszkaniu, a serce miałam jak kamień.
Po chwili w słuchawce odezwał się ten męski głos:
— Dzień dobry, ja jestem sąsiadem. Już jest pogotowie w drodze. Dziękuję pani, że pani zadzwoniła.
Chciałam coś powiedzieć, ale głos mi się załamał.
— Proszę… proszę przy niej zostać — wydusiłam.
— Oczywiście.
Nie rozłączyłam się od razu. Słyszałam jej cichy oddech, uspokajający się, jakby wreszcie uwierzyła, że ktoś jest. Że nie umrze sama na kafelkach.
I dopiero wtedy dotarło do mnie najgorsze: ona nie zadzwoniła do mnie przez pomyłkę.
Ona zadzwoniła do obcego numeru, bo jej własna córka była dla niej niedostępna.
Kiedy w końcu odłożyłam telefon, usiadłam na podłodze w korytarzu. Nagle mój dom wydał mi się zbyt cichy. Cichy jak kuchnia pani Zofii przed tym telefonem.
A w głowie wciąż słyszałam jej drżący szept:
„Cześć, córeczko. Upadłam i nie mogę wstać…”
I wiedziałam, że tego głosu nie zapomnę. Bo to nie był tylko głos upadku.
To był głos samotności, która doprowadza człowieka do tego, że ostatnią nadzieję wkłada w przypadkowy numer.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Pożyczyłam sąsiadce 20 tysięcy": Gdy nie oddawała, zrobiłam jej taki wstyd, że długo nie zapomni
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Tak Lewandowski skomentował mecz Barcelony. Jego słowa poniosły się po sieci