Jego matka.
Pani Zofia miała obsesję na punkcie czystości. Nie zwykłą dbałość o porządek — obsesję. Twierdziła, że kurz jest największym wrogiem zdrowia, a młode kobiety są „z natury leniwe i niedokładne”.
I niestety uważała, że ja jestem najlepszym przykładem tej teorii.
Za każdym razem, kiedy przychodziła do naszego mieszkania, zaczynała swoją inspekcję. Najpierw parapety. Potem półki. Na końcu miejsca, w które normalni ludzie zaglądają raz na kilka miesięcy.
— O, a tu co mamy? — mówiła zawsze tym samym tonem, przesuwając palcem po meblach.
Jej znak rozpoznawczy?
Białe rękawiczki.
Pewnego dnia zadzwonił Paweł.
— Kochanie… mama jedzie do nas.
Westchnęłam.
— I co z tego?
— Wzięła rękawiczki.
Zamarłam.
— Znowu?
— Mówi, że ostatnio nie sprawdziła karniszy i teraz musi to nadrobić.
Karnisze.
Oczywiście.
To był jej ulubiony punkt programu — najwyższe miejsca w domu. Półki, lampy, listwy przy suficie. Twierdziła, że tam gromadzi się „najgorszy kurz”.
Odłożyłam telefon i przez chwilę patrzyłam w sufit.
Po ostatniej wizycie przez godzinę słuchałam wykładu o bakteriach, które rzekomo hoduję za lodówką.
Tym razem miałam już dość.
Wyciągnęłam z szafki tubkę kleju na myszy. Tego, który nigdy nie wysycha i trzyma wszystko jak pułapka.
Weszłam na drabinę i rozprowadziłam cienką warstwę na górnej listwie karnisza.
— Skoro tak pani lubi sprawdzać czystość… — mruknęłam pod nosem.
Potem wyszłam z domu.
Napisałam Pawłowi wiadomość, że musiałam pilnie wyjść do pracy i wrócę za dwie godziny.
Przez ten czas chodziłam bez celu po galerii handlowej. Nie potrafiłam się skupić na niczym. Z jednej strony było mi trochę wstyd.
Z drugiej… czułam dziwną satysfakcję.
W końcu wróciłam.
Pod drzwiami było cicho.
Trochę za cicho.
Weszłam do mieszkania i od razu usłyszałam dziwne dźwięki z salonu.
Jakieś szarpanie… ciężki oddech… i stłumione jęki.
Weszłam do środka.
I stanęłam jak wryta.
Na środku pokoju stała nasza drabina.
Na samej górze… pani Zofia.
Jej prawa ręka była przyklejona do karnisza razem z białą rękawiczką.
Ale to nie wszystko.
Najwyraźniej w panice spróbowała odkleić rękę drugą dłonią.
Teraz obie ręce były przyklejone.
Stała tam jak posąg, rozciągnięta pod sufitem, nie mogąc się ruszyć.
Pod nią krążył spanikowany Paweł z butelką oleju w rękach.
— Marta! — krzyknął, kiedy mnie zobaczył. — Dzięki Bogu! Zrób coś!
Teściowa spojrzała na mnie z góry.
— Co… to… jest?! — wysyczała.
Udawałam zdziwienie najlepiej jak potrafiłam.
— Pani Zofio! Dlaczego pani trzyma karnisz?
— Sprawdzałam kurz! — krzyknęła. — A to coś mnie złapało!
Paweł machał olejem jak ratunkową bronią.
— To się nie chce odkleić!
Zrobiłam poważną minę.
— O nie… zapomniałam powiedzieć…
— O czym?!
— To specjalny żel przeciw kurzowi.
Zamarli.
— Co? — zapytał Paweł.
— Taki nowoczesny preparat. Przyciąga drobinki kurzu i tworzy powłokę ochronną.
Teściowa pobladła.
— Natychmiast mnie stamtąd zdejmij!
— Proszę się nie ruszać! — powiedziałam szybko. — Jeśli pani szarpnie, może pani zerwać skórę.
Pani Zofia znieruchomiała jak figura z kamienia.
— Paweł… — wyszeptała. — Odetnij rękawiczkę.
Paweł sięgnął po nóż z kuchni.
Kiedy zbliżył ostrze do jej dłoni, teściowa odruchowo odchyliła się do tyłu.
I wtedy stało się coś, czego nikt nie przewidział.
Rozległ się głośny trzask.
Stary karnisz wyrwał się ze ściany razem z kawałkiem tynku.
Drabina zachwiała się.
— AAAA! — wrzasnęła pani Zofia.
Sekundę później spadła prosto na kanapę razem z karniszem, zasłonami i Pawłem, który próbował ją złapać.
Kurz wzbił się w powietrze jak po wybuchu.
Stałam w drzwiach i patrzyłam, jak spod zasłon wyłania się rozczochrany Paweł.
— Mamo… żyjesz?
Pani Zofia siedziała na kanapie z potarganą fryzurą i czerwonymi dłońmi.
Spojrzała na mnie długo.
Bardzo długo.
A potem powiedziała coś, czego nigdy wcześniej od niej nie usłyszałam.
— Może… następnym razem… nie będę sprawdzać karniszy.
I pierwszy raz od naszego ślubu wyszła z mojego domu… bez rękawiczek.
To też może cię zainteresować: Nowe fakty w sprawie Magdaleny Majtyki. Czy po wypadku sama wyszła z auta
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "W wieku 44 lat zaszłam w ciążę": Mąż i synowie uznali, że to błąd