Był ciepły, wiosenny dzień, ale ona trzęsła się z zimna. Co kilka minut nerwowo poprawiała chustkę na głowie, próbując ukryć sińce na przedramionach, które nie były efektem upadku, jak kłamała u lekarza.
Od godziny cieszyła się wolnością. Wolnością, która polegała na tym, że nikt na nią nie warczał, nikt nie rzucał talerzami i nikt nie żądał „pożyczenia” ostatniej setki z emerytury. Patrzyła na bawiące się dzieci i gołębie, marząc tylko o tym, by czas stanął w miejscu.
Nagle sielankę przerwał tupot ciężkich butów na żwirze. Serce Marii zamarło. Ten rytm kroków znała zbyt dobrze.
– Tutaj jesteś, ty stara wiedźmo! – ryk rozdarł spokój popołudnia.
Zanim zdążyła się odwrócić, przed ławką stanął on. Marek. Jej jedyny syn, który dawno temu przestał być dzieckiem, a stał się jej największym koszmarem. Jego twarz była czerwona z wściekłości, a w oczach płonął ten sam niebezpieczny blask, który widziała wczoraj, gdy barykadowała się w łazience.
– Gdzie masz pieniądze?! – wrzasnął, pochylając się nad nią tak blisko, że czuła odór papierosów i alkoholu. – Wróciłem do domu, a tam pusta szafka! Myślałaś, że uciekniesz? Że sobie usiądziesz na słoneczku, gdy ja mam długi do spłacenia?!
Ludzie na sąsiednich ławkach zaczęli odwracać głowy. Ktoś wstał, ktoś inny zaczął wyciągać telefon, ale nikt nie podszedł. Agresja Marka budowała wokół nich niewidzialny mur lęku.
– Marku, proszę... nie tutaj... – szepnęła Maria, kuląc się w sobie, jakby chciała zniknąć. – Oddałam ci już wszystko. Nie mam nic więcej. Proszę, idź do domu...
– Nie mów mi, co mam robić! – uderzył pięścią w oparcie ławki, tuż przy jej głowie. Drewno zatrzeszczało, a Maria krzyknęła cicho, zasłaniając twarz dłońmi. – Wstawaj! Idziemy do banku. Wiem, że masz oszczędności na „czarną godzinę”. Ta godzina właśnie nadeszła, mamo!
Złapał ją za ramię i szarpnął tak mocno, że stara kobieta niemal spadła z siedziska. W jej oczach nie było już nawet złości – był tylko pierwotny, paraliżujący strach. Strach przed człowiekiem, którego kiedyś uczyła stawiać pierwsze kroki, a który teraz deptał każdą chwilę jej starości.
– Puść mnie... boli... – zajęczała.
– Boli? To dopiero zacznie boleć, jak mi nie dasz tej kasy! – syknął jej prosto do ucha, tak by tylko ona słyszała. – Myślisz, że ktoś ci pomoże? Powiem im, że masz demencję. Że wymyślasz te wszystkie historie. Nikt nie uwierzy wariatce.
Maria spojrzała na przechodniów. Widziała ich litość, widziała konsternację, ale wiedziała, że wieczorem to ona zostanie z nim sam na sam za zamkniętymi drzwiami mieszkania. To było najgorsze – świadomość, że ten krzyk na ławce to tylko wstęp do tego, co wydarzy się w ciszy ich czterech ścian.
Podniosła się ciężko, podtrzymywana przez brutalny uścisk syna. Szła posłusznie, ze spuszczoną głową, czując na plecach palące spojrzenia ludzi. Szła w stronę swojego więzienia, wiedząc, że najgorszym wyrokiem, jaki dostała od życia, było urodzenie własnego kata.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Wszyscy płakali, ja piłam kawę w domu": Nie poszłam na pogrzeb matki, bo zrujnowała mi życie
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Fani Michała Szpaka długo na to czekali. Artysta potwierdził