Nie poczułam nawet smutku. Poczułam dziwny, niemal grzeszny spokój, jakby po trzydziestu latach nagle ustał nieznośny szum w uszach. Moja przyjaciółka, patrząc na moją kamienną twarz, zapytała cicho: „O której masz pociąg na pogrzeb?”.
– Nie mam – odpowiedziałam, parząc herbatę. – Nigdzie nie jadę.
W mediach społecznościowych moich braci pojawiły się już czarno-białe zdjęcia i wpisy o „najukochańszej mamie, która odeszła do aniołów”. Czytając to, miałam ochotę krzyczeć. Bo ta „święta kobieta” z ich wspomnień nigdy nie istniała w moim świecie.
Moja matka nie biła mnie kablem. Ona robiła coś gorszego – systematycznie niszczyła moją duszę. Przez całe dzieciństwo słyszałam, że jestem „rozczarowaniem”, że gdyby nie ja, mogłaby zrobić karierę, że moje sukcesy są niczym w porównaniu do osiągnięć synów.
To ona sprawiła, że w wieku dwudziestu lat cierpiałam na depresję i zaburzenia odżywiania, bo „taka klucha nigdy nie znajdzie męża”. To ona dzwoniła do moich pracodawców z wymyślonymi historiami o mojej niestabilności emocjonalnej, gdy tylko próbowałam się usamodzielnić. Każdy mój związek obracała w perzynę, sącząc jad w uszy moich partnerów. Zrujnowała mi wiarę w siebie, w miłość i w drugiego człowieka.
Dzień pogrzebu był słoneczny. Siedziałam na balkonie z książką, podczas gdy kilka kilometrów dalej rodzina i znajomi ronili łzy nad dębową trumną. Wyobrażałam sobie księdza mówiącego o „matczynej ofiarności” i braci, którzy pewnie rzucali grudki ziemi, grając rolę pogrążonych w żalu synów.
Telefon wibrował od nienawistnych wiadomości:
„Jesteś potworem, własnej matce nie oddasz ostatniej posługi?”
„Ona cię urodziła, należy jej się szacunek bez względu na wszystko!”
Nie, nie należy się. Szacunek to waluta, na którą pracuje się przez całe życie. Moja matka przez lata pracowała jedynie na moją nienawiść i strach. Śmierć nie wymazuje krzywd. Śmierć nie sprawia, że tyran nagle staje się ofiarą.
W chwili, gdy wiedziałam, że ciało spoczywa już w ziemi, wstałam i po raz pierwszy od dekady poczułam, że moje życie należy do mnie. Nie poszłam na pogrzeb, bo nie chciałam uczestniczyć w kłamstwie. Nie chciałam stać nad grobem kobiety, która była moją pierwszą i największą oprawczynią.
Ludzie mówią, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Ja wybrałam „wcale”. Wybrałam milczenie, które jest moją jedyną formą sprawiedliwości. Moja matka nie dostała moich łez na pogrzebie, bo wypłakałam je wszystkie przez nią, gdy jeszcze żyła. Dzisiaj nie grzebię człowieka – dzisiaj grzebię swoje poczucie winy.
Zostawiłam ją tam, w zimnej ziemi, z jej sekretami i okrucieństwem. A sama wróciłam do domu, by w końcu zacząć żyć. Bez niej.
To też może cię zainteresować: Tuż po medalu Kacpra Tomasiaka padły szczere słowa. Tak czuł się przed skokiem
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Mama szuka faceta zamiast zajmować się moimi dziećmi": Po prostu wstyd