„Od przyszłego tygodnia ustalamy zasady. Opieka nad dziećmi to usługa, więc będzie rozliczana. Napiszę stawkę.”

Usługa.

Siedziałam w kuchni z herbatą w dłoni i patrzyłam w ekran tak długo, aż litery zaczęły mi się rozjeżdżać. Przez trzy lata „pilnowałam” wnuków prawie codziennie. Nie raz na tydzień, nie na godzinę „dla przyjemności”. Tylko tak, jak się ratuje młodych rodziców, kiedy życie ich przygniata: odbiory z przedszkola, choroby, ząbkowanie, dyżury w pracy, nadgodziny, „mamo, tylko dziś, bo naprawdę nie dam rady”.

Zawsze mówiłam „dobra”. Bo to moje wnuki. Bo kocham.

A ona napisała „usługa”.

Minutę później dostałam kolejną wiadomość.

„Stawka: 35 zł/h. Weekendy 45. Kąpiel i kolacja +20. Proszę o przelew do piątku. Za zeszły tydzień wychodzi 410 zł.”

410 zł. Jak rachunek z warsztatu. Jakby ktoś mi właśnie wystawił fakturę za bycie babcią.

Zadzwoniłam do syna. Odebrał zmęczony, jak zawsze.

— Cześć, mamo, co się dzieje?

— Twoja żona właśnie wysłała mi cennik za opiekę nad moimi wnukami — powiedziałam tak spokojnie, że aż mnie to przestraszyło. — I rachunek. Czterysta dziesięć złotych.

Cisza.

— Co…? — wydusił. — To chyba… nieporozumienie.

— To wyjaśnij to dzisiaj — ucięłam.

Wieczorem przyszli do mnie oboje. Dzieci wbiegły do pokoju, jakby nic się nie działo, a synowa weszła do mojej kuchni z miną kogoś, kto przychodzi do urzędu. Wyjęła z torebki kartkę.

Kartkę.

Położyła ją na stole, wygładziła dłonią i powiedziała:

— Żeby było jasno. Bez emocji. Ja lubię porządek.

Na górze miało tytuł: „Zasady opieki — BABcia” (tak, z dziwną czcionką i jakimś jej poczuciem humoru), a pod spodem… normalny cennik.

„Opieka 1h — 35 zł.”
„Odbiór z przedszkola — 15 zł.”
„Nocowanie — 120 zł.”
„Dodatkowe karmienie/kolacja — 20 zł.”
A na dole: „Przytulasy i bajki w pakiecie”.

W pakiecie.

Poczułam, jak mi się robi gorąco z oburzenia. Takiego, które nie jest krzykiem, tylko twardym, zimnym ściskiem w klatce.

— Ty… ty to wydrukowałaś? — zapytałam.

Wzruszyła ramionami.

— Bo babcie w Polsce są przyzwyczajone, że się od nich wymaga za darmo. A ja tego nie popieram. Czas to pieniądz. Jak ja płacę opiekunce, to nie widzę różnicy. To usługa.

Spojrzałam na syna.

— Ty też tak uważasz?

Mój syn… nawet nie umiał spojrzeć mi w oczy.

— Mamo, ona chce tylko, żeby było sprawiedliwie — wymamrotał.

„Sprawiedliwie”.

Wtedy we mnie coś pękło.

— Skoro to usługa, to ja mam prawo odmówić — powiedziałam.

Synowa uniosła brwi.

— Słucham?

— Usługa — powtórzyłam, wskazując na kartkę. — Jak hydraulik, jak kosmetyczka, jak niania. Więc ja od dziś nie świadczę tej usługi. Wnuki przyjdą do mnie, kiedy JA zaproszę. A nie wtedy, kiedy pani sobie wpisze w grafik i wyśle mi fakturę.

Jej twarz stężała.

— Pani robi ze mnie potwora.

— Nie — odpowiedziałam. — Pani robi ze mnie pracownika.

Wtedy synowa nagle podniosła głos, jakby przeszła w tryb „atak”.

— Pani zawsze mnie ocenia! Pani uważa, że jak jest babcią, to ma prawo do dzieci! A ja stawiam granice!

I tutaj zrobiło się naprawdę skandalicznie, bo ona powiedziała to przy moim synu tak, jakby to ja była zagrożeniem.

— Granice? — powtórzyłam cicho. — To ja też mam granicę. Nie będę rozliczana za miłość.

Wzięłam kartkę, złożyłam ją na pół i położyłam przy drzwiach, jak śmieć.

— Proszę wyjść. Ochłonąć. I wrócić, kiedy przestaniecie traktować mnie jak nianię do wynajęcia.

Syn próbował coś powiedzieć, ale synowa już łapała torebkę.

— To pani wnuków nie zobaczy — syknęła, już w progu. — Skoro pani wybiera pieniądze zamiast rodziny.

To było uderzenie tak niskie, że aż mnie zatkało. A potem wyszli. Trzasnęli drzwiami.

Myślałam, że na tym się skończy. Że będzie ciche „obrażenie” jak zawsze.

Nie doceniłam jej.

Wieczorem zaczęło się polowanie.

Najpierw zadzwoniła moja siostra:

— Marysia… co ty zrobiłaś? Marta wrzuciła na rodzinny czat, że ty żądasz kasy za wnuki i wyrzuciłaś ich z domu.

— Co?! — poczułam, jak mi zimno idzie po plecach.

W tym samym momencie rodzinny czat zaczął żyć jak wąż.

„To prawda?”
„Jak możesz?”
„Wnuki to świętość!”
„Marta płacze, dzieci roztrzęsione…”
„Zawsze byłaś specyficzna.”

Specyficzna. Ładne słowo na „winna”.

Potem zobaczyłam jej wiadomość w grupie:

„Muszę to napisać, bo nie mogę milczeć. Babcia chciała pieniędzy za opiekę nad własnymi wnukami. Zrobiła awanturę przy dzieciach, upokorzyła mnie i wyrzuciła nas z domu. To była przemoc emocjonalna.”

Przemoc emocjonalna.

Miałam wrażenie, że ktoś mi wbił gwóźdź w skroń. To już nie była kłótnia. To było oskarżenie, które zostaje w głowach ludzi na zawsze, nawet jeśli jest kłamstwem.

A rano ona poszła dalej.

Na Facebooku pojawił się post. Publiczny.

„Są babcie, które robią biznes na wnukach. Ja stawiam granice i nie pozwolę na przemoc wobec moich dzieci.”

Komentarze płynęły jak lawina: serduszka, „jaka dzielna”, „toksyczna rodzina”, „trzymaj się”. Ktoś napisał: „To ta Maria z waszego osiedla?” Ktoś odpisał: „Tak, słyszałam, że ona dziwna.”

Czyli w jedną noc stałam się plotką. Potworem. Tematem do kawy.

Po południu dostałam wiadomość od synowej:

„Jak pani jeszcze raz będzie próbowała nas szantażować, zgłoszę sprawę do odpowiednich instytucji. Mam świadków.”

Instytucji. Świadków.

I wtedy, pierwszy raz od dawna, poczułam strach nie o siebie… tylko o to, jak łatwo można starszego człowieka rozdeptać słowami. Że wystarczy krzyknąć głośniej, napisać „przemoc” i już nikt nie pyta o dowody.

Tylko że ja tym razem nie miałam zamiaru płakać w kącie.

Otworzyłam rozmowę z synową i zaczęłam robić zrzuty ekranu. Jej cennik. Jej „przelew do piątku”. Jej wyliczenia. Wszystko. Potem zrobiłam zdjęcie tej kartki z mojej kuchni. Każde słowo, każda kwota.

I napisałam na rodzinnej grupie jedno zdanie:

„Nie będę się kłócić. Pokażę fakty.”

Wysłałam screeny i zdjęcia.

Zapadła cisza.

Taka prawdziwa, w której ludzie nagle muszą zjeść własne słowa.

Pierwsza odezwała się moja siostra:

„Marta… to ty naprawdę wysłałaś cennik?”

Ktoś inny:

„Przecież to jest chore.”

Synowa odpisała natychmiast:

„To wyrwane z kontekstu. Byłam w emocjach. Babcia mnie sprowokowała.”

Kontekst. Zawsze jest „kontekst”, kiedy ktoś zostaje przyłapany.

Wtedy napisałam tylko:

„Kontekst jest taki: wnuki to rodzina, nie faktura.”

I odłożyłam telefon.

Myślałam, że teraz się wycofa. Że przynajmniej zrobi krok w tył.

Nie.

Wieczorem przyjechał do mnie syn sam, blady i roztrzęsiony.

— Mamo… — powiedział cicho, stojąc w przedpokoju jak chłopak, nie jak dorosły mężczyzna. — Ona mówi, że jeśli nie przeprosisz przed rodziną, to… nie zobaczysz dzieci. Że zabierze je i koniec.

I to był jej finał. Jej „na całość”.

Szantaż wnukami.

Coś mi w środku zamarzło. To jest taki ból, którego nie da się opisać: kiedy ktoś mówi ci, że za karę odbierze ci miłość.

Spojrzałam na syna i poczułam łzy, ale nie pozwoliłam im spaść.

— Jeśli ona używa dzieci jak broni, to ona już przegrała — powiedziałam spokojnie. — A ty… ty teraz wybierasz, synku. Prawdę albo wygodę.

On stał jak wryty.

— Co mam zrobić?

— Nie wiem, co masz zrobić jako mąż — odpowiedziałam. — Ale wiem, co masz zrobić jako ojciec i syn. Zatrzymać to. Bo dziś to „faktura dla babci”. Jutro to będzie „kłamstwo o babci” w głowach twoich dzieci. A pojutrze one będą myślały, że miłość zawsze ma cenę.

Syn zamknął oczy. Widziałam, że pęka mu coś w środku.

— Ona jest wściekła.

— Ja też byłam wściekła — powiedziałam. — Tylko ja nie zrobiłam z tego widowiska dla rodziny i internetu. Ona zrobiła.

Kiedy wyszedł, usiadłam w kuchni. Cisza bolała. Wydawało mi się, że słyszę echo jej słów: „usługa”, „przelew”, „instytucje”, „nie zobaczysz dzieci”.

Ale pod tą ciszą było coś jeszcze.

Pewność.

Że jeśli teraz ulegnę, to już zawsze będę rozliczana: z godzin, z obecności, z miłości. Że ktoś będzie mi wyceniał wnuki jak dodatkową usługę w hotelu.

A ja nie jestem usługą.

Jestem babcią.

I choć to zabrzmi brutalnie — jeśli ona pójdzie na całość i zrobi aferę w rodzinie, będzie mnie oczerniać i szantażować dziećmi, to ja też pójdę na całość.

Tylko nie krzykiem.

Faktami. Granicą. I spokojem, którego nie da się kupić ani sprzedać.

To też może cię zainteresować: Burza w sieci po występie Zenona Martyniuka. Król disco polo oskarżany o wykorzystanie playbacku

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Znalazłam testament męża w skrytce": Zapisał połowę majątku kobiecie, której nie znam