Dom był cichy. Zbyt cichy. Dzieci za granicą, żona od trzech lat na cmentarzu, a ja – sześćdziesięciodziewięcioletni mężczyzna – siedziałem na werandzie z kubkiem herbaty i poczuciem, że moje życie już się odbyło.

Wtedy wprowadziła się ona.

Miała trzydzieści cztery lata. O trzydzieści pięć mniej ode mnie. Długie włosy, szybki śmiech, energię, która wypełniała przestrzeń. Na początku mówiłem sobie, że to tylko sympatyczna sąsiadka. Potem przestałem się oszukiwać.

Zatrzymywała się przy płocie.

– Pan tu zawsze tak samotnie siedzi? – zapytała kiedyś.

„Pan” brzmiało jak przepaść między nami. A jednak przy niej czułem się mniej stary.

Opowiadała o trudnym rozstaniu, o długach po byłym partnerze, o tym, że musi zaczynać od zera. Słuchałem uważnie. Zbyt uważnie.

Pierwszy raz zaprosiłem ją na herbatę. Potem na kolację. Potem zaczęła wpadać częściej. Zostawała dłużej.

– Przy panu czuję się bezpiecznie – powiedziała pewnego wieczoru.

Te słowa były jak tlen.

Nie zauważyłem momentu, w którym zacząłem żyć jej problemami bardziej niż własnymi wspomnieniami. Kiedyś przyniosła rachunki.

– To chwilowe – tłumaczyła. – Jeśli nie zapłacę teraz, komornik zajmie mi konto.

Przelałem pieniądze bez wahania.

Potem był „kredyt konsolidacyjny”. Potem „szansa na biznes”. Potem „zaliczka na nowe mieszkanie, żebyśmy mogli być bliżej siebie”.

Za każdym razem mówiłem sobie, że pomagam. Że to inwestycja w nas.

Syn przestał dzwonić tak często. Gdy w końcu przyjechał i zobaczył ją w moim domu, spojrzał na mnie z mieszaniną gniewu i litości.

– Tato, ona jest młodsza od twojej wnuczki prawie o pokolenie – powiedział. – Zastanów się.

– Nie znasz jej – odparłem ostro.

Chciałem wierzyć, że nie zna.

Któregoś dnia powiedziała, że musi wyjechać na kilka dni „załatwić formalności”. Pocałowała mnie w policzek.

– Wrócę szybko.

Nie wróciła.

Telefon milczał. Profil w mediach społecznościowych zniknął. Drzwi jej domu były zamknięte na cztery spusty.

Pojechałem do banku.

Kwota, którą przelałem przez ostatnie miesiące, była większa, niż chciałem przyznać przed samym sobą. Oszczędności życia. Pieniądze, które odkładałem na spokojną starość.

Została pustka. Nie tylko na koncie.

Na werandzie znów było cicho. Jeszcze ciszej niż wcześniej. Najgorsze nie było to, że mnie oszukała. Najgorsze było to, że przez chwilę znów poczułem się potrzebny. Młodszy. Ważny.

Zrozumiałem brutalną prawdę: nie zakochałem się w niej. Zakochałem się w iluzji, że moje życie może zacząć się od nowa.

A ona doskonale wiedziała, jak sprzedać mi tę iluzję.

To też może cię zainteresować: Napięcie podczas konferencji Karola Nawrockiego. W trakcie spotkania rozległy się okrzyki

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Romans zakończył się ciążą": Jej mąż i moja żona żyją w kłamstwie