Planowałam skromną kolację. Nawet wyjęłam z szafy sukienkę, której nie nosiłam od lat, bo zawsze było „nie ma okazji”.
Okazja przyszła szybciej, niż się spodziewałam.
– Zakochałem się – powiedział, stojąc w drzwiach kuchni, jakby informował mnie, że skończył się cukier.
Pomyślałam, że to żart. Że to kryzys wieku średniego. Że minie.
Nie minęło.
Ona miała czterdzieści lat. Ja – pięćdziesiąt dwa. Ona pracowała w jego firmie. Zadbana, ambitna, „pełna energii”. Tak ją opisywał, jakby mówił o nowym samochodzie.
– Chcę zacząć od nowa – dodał spokojnie. – Sprzedajemy dom.
Dom.
To ja wybierałam płytki do łazienki. Ja malowałam ściany, gdy nie było nas stać na ekipę. Ja sadziłam tuje w ogrodzie, kiedy on „robił nadgodziny”.
Przez dwadzieścia lat byłam wierna. Oddana. Zawsze dostępna. Zrezygnowałam z pracy, kiedy urodził się nasz syn. Potem już nie wróciłam – bo ktoś musiał odbierać ze szkoły, gotować, prać, prasować, pamiętać o szczepieniach, wizytach, rachunkach.
– Ty przecież lubiłaś siedzieć w domu – rzucił, gdy zapytałam, co ze mną będzie.
Siedzieć w domu.
Jak kura na grzędzie.
Nie widział nieprzespanych nocy. Nie widział, jak liczyłam każdą złotówkę, żeby wystarczyło na jego garnitur i korepetycje dla syna. Nie widział, że „siedzenie w domu” to praca bez urlopu i bez wynagrodzenia.
Kiedy przyszedł dzień wyprowadzki, stałam w pustym salonie i słuchałam echa własnych kroków. On był już spakowany. Nowe mieszkanie, nowe życie, nowe plany.
– Dostaniesz coś z oszczędności – powiedział, unikając mojego wzroku. – Ułożysz sobie.
Jak? Z jakim doświadczeniem? Z jaką pracą? Z jaką pewnością siebie, skoro przez lata słyszałam, że on „zarabia”, a ja „tylko zajmuję się domem”?
Najbardziej bolało to, że ja naprawdę wierzyłam w nas. Odrzucałam zaloty. Rezygnowałam z wyjazdów z koleżankami. Zawsze byłam „odpowiedzialna”. Wierna. Przewidywalna.
A on zakochał się w kimś, kto nie gotował mu rosołu, nie prasował koszul, nie znał go z czasów, gdy nie miał nic.
Pierwszą noc po wyprowadzce spędziłam u siostry. Leżałam na kanapie i patrzyłam w sufit. Czułam wstyd. Złość. Pustkę.
Żałowałam nie tego, że go kochałam.
Żałowałam, że zapomniałam kochać siebie.
Że pozwoliłam, by całe moje życie kręciło się wokół jego potrzeb. Że uwierzyłam, iż bycie „dobrą żoną” wystarczy, by ktoś został.
Dziś pracuję w małej księgarni. Zarabiam niewiele, ale to moje pieniądze. Uczę się żyć od nowa – w wieku, w którym miało być już tylko spokojnie.
On czasem pisze. Podobno „nie jest tak idealnie, jak myślał”.
Nie odpisuję.
Bo choć wyrzucił mnie na bruk, zostawił mi coś, czego wcześniej nie miałam – brutalną świadomość, że bycie wierną kurą domową nie gwarantuje niczego.
A ja nie chcę już być czyimś tłem.
Nawet jeśli muszę zaczynać wszystko od zera.
To też może cię zainteresować: Zenon Martyniuk przerwał wywiad. Wszystko przez Daniela
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Po 24 lutego los się odwróci. Trzy znaki zodiaku wchodzą w lepszy etap