Lepsze. Lżejsze. Bez rutyny, bez ciszy przy kolacji, bez tych samych rozmów o rachunkach i bolącym kręgosłupie.
Ona miała dwadzieścia lat mniej. Śmiała się głośno, pachniała drogimi perfumami i patrzyła na mnie tak, jak nikt nie patrzył od dawna. Przy niej czułem się młodszy. Potrzebny. Podziwiany.
Powtarzałem sobie, że to miłość. Że mam prawo do szczęścia.
Moja żona nie krzyczała. Spakowała mi walizkę w ciszy. Tylko raz spojrzała mi w oczy.
– Zastanów się – powiedziała spokojnie. – Nie wszystko, co nowe, jest lepsze.
Nie posłuchałem.
Pierwsze miesiące były jak film. Restauracje, weekendowe wyjazdy, wspólne zdjęcia w mediach społecznościowych. Znajomi klepali mnie po plecach, pół żartem, pół serio zazdroszcząc „drugiej młodości”.
A potem zaczęła się codzienność.
– Musisz zadbać o siebie – powiedziała któregoś dnia, mierząc mnie krytycznym wzrokiem. – Zapisuję nas na siłownię.
Nie pytała, czy chcę. Oczekiwała. Trzy razy w tygodniu bieżnia, hantle, trener personalny. Po pracy, gdy marzyłem o ciszy, ona wciągała mnie w sportowy reżim.
– Nie możemy wyglądać jak para ojciec–córka – rzuciła kiedyś, śmiejąc się.
Zabolało.
Zacząłem farbować siwe włosy. Kupiłem obcisłe koszulki, w których czułem się przebrany, nie ubrany. Wieczorami bolały mnie mięśnie, ale bardziej bolało poczucie, że nie nadążam.
Z czasem odkryłem, że to nie tylko siłownia.
– Ja chcę dziecka – oznajmiła pewnego wieczoru, jakby mówiła o zakupie nowego samochodu.
Zamarłem.
Mam dorosłą córkę z pierwszego małżeństwa. Spłacony kredyt. Plan na spokojną starość. A ona mówiła o pieluchach, przedszkolu, bezsennych nocach.
– Jesteś jeszcze młody – przekonywała. – Mój tata miał pięćdziesiąt lat, kiedy się urodziłam.
Młody.
Tylko że ja czułem się coraz starszy.
W naszym mieszkaniu nie pachniało domem. Zamawiała catering dietetyczny, bo „nie ma czasu gotować”. Kuchnia była jak z katalogu – idealna i martwa. Tęskniłem za zapachem rosołu, za ciepłem zwykłej kolacji, za kimś, kto pyta, czy miałem ciężki dzień.
Zacząłem rozumieć, co straciłem.
Moja była żona znała mnie na wylot. Wiedziała, kiedy milczę, bo jestem zmęczony, a kiedy, bo coś mnie boli. Gotowała nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że chciała. Przy niej nie musiałem udawać młodszego, silniejszego, lepszego.
Teraz każdego dnia udaję.
Udawaj, że nie przeszkadza ci uwaga o zmarszczkach. Udawaj, że marzysz o dziecku. Udawaj, że bieżnia to przyjemność, a nie kara.
Ostatnio zobaczyłem moją byłą żonę przypadkiem. Szła z siatką zakupów, spokojna, pewna siebie. Uśmiechnęła się uprzejmie.
Nie było w jej oczach żalu. Tylko dystans.
Wtedy po raz pierwszy poczułem prawdziwy ciężar decyzji.
Zostawiłem stabilność dla ekscytacji. Spokój dla adrenaliny. Partnerstwo dla zachwytu, który zgasł szybciej, niż się spodziewałem.
Teraz siedzę w nowoczesnym salonie, w którym wszystko jest idealne – oprócz mnie.
Ona planuje przyszłość z dzieckiem.
Ja planuję, jak cofnąć czas.
I po raz pierwszy w życiu wiem, że nie każda strata jest stratą czegoś starego.
Czasem tracisz coś najważniejszego, myśląc, że to tylko przestarzała wersja szczęścia.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Mąż oszalał ze szczęścia na wieść o ciąży": Nie podejrzewa prawdy
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Marta Nawrocka wśród harcerzy. Pierwsza Dama zaskoczyła wszystkich