Siedziałam na brzegu wanny, a dłonie trzęsły mi się tak mocno, że ledwo utrzymałam plastikowy patyczek.
To nie miało się wydarzyć.
A jednak się wydarzyło.
Wyszłam z łazienki blada jak ściana. Mąż siedział w salonie, przeglądał coś w telefonie. Spojrzał na mnie i od razu wiedział, że coś jest inaczej.
– I? – zapytał, wstając.
Nie potrafiłam mówić. Tylko podałam mu test.
Przez sekundę patrzył niezrozumiale. Potem jego twarz rozświetliła się tak, jak nigdy wcześniej.
– Będziemy mieli dziecko?! – krzyknął.
Podniósł mnie, zakręcił mną w powietrzu. Śmiał się. Dosłownie skakał z radości po salonie. Zadzwonił do swojej mamy. Do siostry. Do najlepszego przyjaciela.
– Zostanę ojcem! – powtarzał jak mantrę.
A ja stałam obok i czułam, jak coś we mnie pęka.
Bo w mojej głowie zamiast radości był tylko jeden, przerażający cień.
Trzy miesiące wcześniej przeżywaliśmy kryzys. Cichy, duszący, pełen niedopowiedzeń. On wracał późno z pracy, ja coraz częściej czułam się samotna. Kłótnie o drobiazgi, chłód w sypialni, tygodnie bez bliskości.
I wtedy pojawił się ktoś, kto patrzył na mnie inaczej. Kto słuchał. Kto mówił, że jestem ważna.
To miał być jednorazowy błąd. Chwila słabości. Coś, co miało zniknąć wraz z poczuciem winy.
Zniknęło wszystko oprócz konsekwencji.
Liczyłam dni w kalendarzu tak obsesyjnie, że niemal przestawałam oddychać. Daty mieszały się w głowie. Możliwe. Niemożliwe. Prawie pewne. Może jednak jego.
Mąż tymczasem planował przyszłość. Przeglądał wózki. Malował pokój na jasny kolor. Wieczorami kładł dłoń na moim brzuchu, choć jeszcze nic nie było widać.
– Nasze dziecko – szeptał z czułością.
Za każdym razem te słowa wbijały się we mnie jak nóż.
Nie podejrzewał niczego. Patrzył na mnie z miłością, z dumą. Był lepszy niż przez ostatnie lata. Uważniejszy. Obecny.
A ja żyłam w dwóch równoległych światach. W jednym byłam przyszłą matką, w drugim – kobietą, która zbudowała szczęście na kłamstwie.
Najgorsze przyszło podczas pierwszego badania. Siedzieliśmy w gabinecie, ściskając się za ręce. Lekarz uśmiechał się profesjonalnie.
– Wszystko wygląda dobrze – powiedział.
Mąż miał łzy w oczach.
– Jest podobne do mnie? – zapytał pół żartem.
Zabrakło mi powietrza.
W drodze do domu milczałam. On opowiadał o tym, jak nauczy dziecko jeździć na rowerze, jak będzie chodził na wywiadówki, jak będzie najlepszym ojcem.
A ja po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że prawda kiedyś może wyjść na jaw.
Jedno badanie. Jedna rozmowa. Jedna chwila.
Czasami budzę się w nocy i patrzę w sufit, licząc tygodnie jeszcze raz. Próbuję przekonać samą siebie, że to na pewno jego dziecko. Że wszystko się jakoś ułoży.
Ale gdzieś głęboko wiem, że żyję na tykającej bombie.
On wciąż skacze z radości, całuje mnie w brzuch, mówi, że to najszczęśliwszy czas w jego życiu.
A ja każdego dnia uczę się uśmiechać tak, by nie było widać strachu.
Bo jeśli prawda kiedyś wybuchnie, nie rozsadzi tylko naszego małżeństwa.
Rozsadzi wszystko.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Teściowa obwiniła mnie za zdradę jej syna": Kara, którą wymyśliła, była okrutna
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Marta Nawrocka wśród harcerzy. Pierwsza Dama zaskoczyła wszystkich