Dziesiąty luty. Dzień, w którym trzydzieści lat temu po raz pierwszy wzięłam ją na ręce. Od rana w mojej małej kuchni pachniało wanilią – upiekłam jej ulubiony biszkopt, mimo że jajka i masło kosztowały mnie tyle, że do końca tygodnia będę jadła tylko chleb z margaryną. Ale dla Kingi zawsze chciałam wszystkiego, co najlepsze. Nawet jeśli teraz to „najlepsze” oznaczało dla niej brak mojej obecności.

Moja córka odniosła sukces. Wyszła bogato za mąż, obraca się w towarzystwie, w którym torebka kosztuje więcej niż moje roczne utrzymanie. Stała się częścią świata, w którym nie ma miejsca na matkę w znoszonym płaszczu i z rękami spracowanymi od sprzątania cudzych domów.

Nie dostałam zaproszenia. Wiedziałam, że go nie dostanę. „Mamo, to będzie specyficzne towarzystwo, sami biznesmeni, ludzie z branży... nie odnalazłabyś się tam” – usłyszałam w słuchawce tydzień temu. Głos Kingi był chłodny, niemal urzędowy. Czułam w nim ukryty wstyd, który parzył mnie bardziej niż gorąca blacha wyjęta z pieca.

Pojechałam pod jej willę wieczorem. Stałam w cieniu drzew po drugiej stronie ulicy, trzymając w rękach mały, starannie zapakowany pakunek – srebrny medalik po babci.

Przez wielkie okna salonu widziałam blask kryształowych żyrandoli i kelnerów w białych rękawiczkach. Widziałam Kingę – wyglądała jak królowa w swojej szmaragdowej sukni. Śmiała się, wznosząc toast drogim szampanem. Była taka piękna i... taka obca.

Kiedy goście zaczęli wychodzić, ruszyłam w stronę bramy. Chciałam tylko na sekundę ją zobaczyć, podać jej ten medalik i zniknąć, zanim ktoś mnie zauważy. Kinga wyszła na podjazd, by pożegnać ostatnią parę znajomych.

Zauważyła mnie. Zamarła, a uśmiech na jej twarzy natychmiast zgasł, zastąpiony przez panikę. Rozejrzała się nerwowo, czy nikt inny mnie nie widzi.

– Mamo? Co ty tu robisz? Mówiłam ci... – szepnęła, podchodząc do mnie szybko, by odciągnąć mnie w ciemniejszą część ogrodu.

– Pamiętałam o urodzinach, Kinguniu. Tylko to chciałam ci dać – wyciągnęłam rękę z paczuszką. – To pamiątka po babci. Chciałam, żebyś ją miała w ten dzień.

Wzięła prezent, ale nawet go nie otworzyła. Wcisnęła go do kieszeni sukni, jakby to był jakiś niebezpieczny przedmiot.

– Dziękuję, ale mamo... proszę, jedź już do domu. Goście mogą jeszcze wrócić, mąż szuka kluczy... nie chcę tłumaczyć, dlaczego stoisz tu w tym starym ubraniu. Wyślemy ci przelew w poniedziałek, kup sobie coś ładnego, dobrze? Tylko już idź.

Wróciłam na przystanek autobusowy. Przelew w poniedziałek. To była cena za moją nieobecność, za mój wstydliwy wygląd, za to, że nie pasowałam do jej idealnego obrazka.

Siedząc w pustym autobusie, czułam, jak medalik w jej kieszeni pali mnie w sercu. Moja córka nie była już biedna. Miała wszystko, o czym marzyła. Ale patrząc na nią tam, na podjeździe, zrozumiałam, że to ja jestem bogatsza. Bo ja wciąż potrafiłam kochać kogoś, kto nie ma nic, a ona nie potrafiła kochać jedynej osoby, która dała jej wszystko.

Wróciłam do swojej kuchni, usiadłam przy stole i zjadłam kawałek biszkoptu. Był słodki, ale smakował goryczą. Zapaliłam jedną świeczkę, zdmuchnęłam ją i szepnęłam do pustych ścian: „Wszystkiego najlepszego, córeczku. Obyś nigdy nie poczuła się tak biedna, jak dziś czuła się twoja matka”.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Moja teściowa poinformowała mnie, że chora babcia zamieszka z nami": Chciała uprzykrzyć nam życie

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Srebro Tomasiaka wywołało wielkie emocje. Kubacki nie wytrzymał na antenie Eurosportu