Marzyliśmy o dwóch tygodniach na sycylijskim wybrzeżu – tylko ja, Karolina i szum fal. Wszystko było zarezerwowane, dopóki na miesiąc przed wylotem moja teściowa, pani Teresa, nie przyszła na kolację z „genialną propozycją”.
– Słuchajcie dzieci – zaczęła, nalewając sobie wina. – Tak pomyślałam... Karolina nigdy nie była za granicą beze mnie, zawsze się o nią boję. A ja tak dawno nie widziałam Włoch. Wykupię sobie pokój w tym samym hotelu, nie będę wam przeszkadzać! Będę jak duch, po prostu chcę być blisko w razie czego.
Zamarłem z widelcem w połowie drogi do ust. Spojrzałem na Karolinę, czekając, aż wybuchnie śmiechem, ale ona... tylko spuściła wzrok i zaczęła nerwowo bawić się serwetką.
Kiedy zostaliśmy sami, wybuchła pierwsza tak poważna awantura w naszym związku.
– Karolina, czy ty to słyszysz? Ona chce z nami jechać w podróż poślubną! To jest czas dla nas, na intymność, na budowanie naszej relacji, a nie na wycieczkę krajoznawczą z twoją matką!
– Marcin, nie przesadzaj – odpowiedziała cicho, niemal błagalnie. – Mama jest samotna, od śmierci taty nie ma nikogo. Boi się o mnie. Co nam szkodzi, żeby była w tym samym hotelu? Przecież nie będzie z nami spała w łóżku!
– Tu nie chodzi o łóżko, tylko o zasady! – krzyknąłem. – Jeśli teraz pozwolimy jej wejść nam na głowę, to za rok będzie wybierać kolor naszych firanek, a za dwa zamieszka z nami, żeby „pomagać przy dziecku”. Nie zgadzam się. Albo jedziemy sami, albo w ogóle.
Teresa nie dawała za wygraną. Wykorzystywała każdą okazję, by uderzyć w moje poczucie winy. Raz „przypadkiem” zostawiła na stole leki na serce, innym razem płakała, że „już niedługo jej zostanie, a my żałujemy jej jednego wyjazdu”.
Punkt kulminacyjny nastąpił tydzień przed ślubem. Teściowa zadzwoniła do mnie, gdy byłem w pracy.
– Marcin, musisz być rozsądny. Karolina płacze przez ciebie po nocach. Rozbijasz naszą rodzinę swoim uporem. Ja już kupiłam bilet. Jeśli mi zabronisz, to znaczy, że nie kochasz mojej córki wystarczająco, by uszanować jej więź z matką. Nie pozwól, by ten ślub zaczął się od nienawiści.
Wróciłem do domu i zobaczyłem Karolinę pakującą walizki. Trzy walizki. Jedna z nich należała do Teresy.
– Karolina, odłóż tę torbę – powiedziałem spokojnie, choć w środku wszystko we mnie krzyczało. – Jeśli twoja mama pojedzie z nami na lotnisko, ja na nie nie pojadę. Możesz lecieć z nią. Możecie spędzić te dwa tygodnie jako matka z córką. Ale wtedy, po powrocie, nie szukaj mnie w naszym mieszkaniu. Nie będę mężem kobiety, która nie potrafi przeciąć pępowiny.
Zapadła cisza. Karolina patrzyła na mnie, jakbym był potworem. W tym momencie do pokoju weszła Teresa, trzymając w ręku paszport.
– I co, Marcin? Dalej będziesz taki nieugięty? – zapytała z triumfem w oczach.
– Tak. Podróż poślubna jest dla małżeństwa. Pani nim nie jest. Albo pani teraz wyjdzie i odda klucze do naszego mieszkania, albo ślubu nie będzie. Wybieraj, Karolina. Ja czy twoja mama w naszym łóżku, w naszych planach i w naszym życiu.
Karolina usiadła na łóżku i zakryła twarz dłońmi. Teresa zaczęła krzyczeć, że jestem tyranem, ale ja nie słuchałem. Wyszedłem z pokoju.
Ostatecznie polecieliśmy sami. Teresa nie przyszła na lotnisko, a przez całe dwa tygodnie bombardowała Karolinę wiadomościami o swoim „złym stanie zdrowia”. Nasza podróż poślubna, zamiast być sielanką, stała się walką o każdy uśmiech mojej żony, która co godzinę sprawdzała telefon z poczuciem winy.
Wygrałem bitwę o wyjazd, ale zrozumiałem, że prawdziwa wojna o nasze małżeństwo dopiero się zaczyna. Bo nic tak nie niszczy miłości, jak trzecia osoba, która próbuje trzymać stery w związku, w którym nie ma dla niej miejsca.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Przepisałam dom na córkę, a teraz stoję pod drzwiami": Zięć wymienił zamki i wyrzucił mnie na deszcz
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. Teściowa wyliczyła każdy grosz, który dajemy mojej mamie. "Wstydziłabym się brać pieniądze od własnych dzieci"