— Mamo, to tylko na jakiś czas — mówił syn, stojąc w moim przedpokoju z kurtką przerzuconą przez ramię. — Tam będziesz miała opiekę. Będzie ci lżej. My też trochę odetchniemy, bo… wiesz, praca, dzieci…

Praca. Dzieci. Zawsze te same słowa, jak wytrych do każdego sumienia. A ja, całe życie uczona, że matka ma rozumieć, kiwałam głową, choć w środku coś we mnie zaczęło się zwijać w ciasny węzeł.

Byłam tą, która zawsze rozumiała.

Kiedy byłam młoda, pracowałam w dwóch miejscach. Nie dlatego, że lubiłam, tylko dlatego, że trzeba było. Żeby syn miał buty na zimę, żeby miał korepetycje, żeby nie czuł się gorszy od innych. Kiedy mąż zachorował, to ja ciągnęłam dom na plecach. Kiedy umarł, nie miałam czasu się rozsypać — bo syn miał szkołę, bo rachunki nie płakały razem ze mną.

Potem syn dorósł. Ożenił się. Pojawiły się wnuki. I znowu byłam potrzebna.

— Mamo, tylko w tym tygodniu — słyszałam. — Mamo, możesz odebrać małego? Mamo, ugotujesz coś? Mamo, przyjedź, bo my nie dajemy rady.

Przyjeżdżałam. Gotowałam. Sprzątałam. Siedziałam z dziećmi, gdy miały gorączkę. Zostawałam na noc, gdy synowa miała zmianę w pracy. Oddawałam swoje oszczędności, gdy „raty przycisnęły”. Nie prosiłam o wdzięczność. Wystarczało mi, że jestem częścią ich życia. Że jestem potrzebna. Że jeszcze mam sens.

A potem zaczęłam chorować.

Najpierw drobiazgi: kolano, które bolało, gdy wchodziłam po schodach. Potem kręgosłup. Potem zawroty głowy. Raz upadłam w łazience i długo leżałam, zanim się podniosłam, bo wstydziłam się zadzwonić po pomoc. Matki w moim pokoleniu wstydzą się słabości.

Syn przyjechał wtedy wściekły.

— Mamo, mogło się coś stać! — krzyczał. — Musisz mieć opiekę!

A ja, zamiast usłyszeć w tym troskę, usłyszałam pierwszy raz coś innego: strach o kłopot.

Tydzień później przyszli z synową „na rozmowę”. Usiadłam w kuchni, zrobiłam herbatę, postawiłam ciasto, jak zawsze, gdy miał przyjść ktoś ważny. Trzymałam się tej normalności, bo ona była moją tarczą.

Synowa zaczęła pierwsza:

— Mamo, my cię bardzo kochamy. Ale… to już za dużo.

— Za dużo? — powtórzyłam, nie rozumiejąc.

— Opieka, lekarze, leki — wyliczała, jakby mówiła o kosztach remontu. — Dzieci, praca, dom. My nie mamy siły.

Patrzyłam na nich oboje. Na syna, którego kiedyś nosiłam na rękach, kiedy płakał. Na synową, której pomagałam, kiedy nie radziła sobie z macierzyństwem. Widziałam ich zmęczenie, ale w moim sercu rosło coś ciężkiego jak kamień: poczucie, że teraz ja stałam się ciężarem.

— Więc co chcecie zrobić? — zapytałam cicho.

Syn spojrzał w blat, jak chłopiec przyłapany na kłamstwie.

— Znaleźliśmy miejsce — powiedział. — Dobry dom opieki. Będziesz miała rehabilitację, posiłki, wszystko. Lepiej niż sama w mieszkaniu.

„Miejsce”. Nie „dom”. Nie „u nas”. „Miejsce”.

Zrozumiałam wtedy, że oni już podjęli decyzję. Ta rozmowa nie była pytaniem. Była ogłoszeniem.

— A ja? — wyszeptałam. — A ja czego chcę?

Syn wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste.

— Mamo, to dla twojego dobra.

To zdanie było jak nóż. Tak wiele razy powtarzałam je synowi, gdy był mały. „Dla twojego dobra” jadł zupę, „dla twojego dobra” nie wychodził po ciemku, „dla twojego dobra” uczył się, gdy inni bawili się na podwórku. Teraz używali go przeciwko mnie, żeby uciszyć moje prawo do sprzeciwu.

W dniu przeprowadzki wnuki nawet nie zeszły z góry. Słyszałam ich śmiech z pokoju, jakby to był zwyczajny dzień. Syn zniósł walizkę. Synowa podała mi listę rzeczy, które „można dostarczyć później”. Wszystko było zorganizowane, szybkie, czyste — jakby bała się, że jeśli zostaniemy dłużej, ja zacznę płakać, a wtedy ktoś będzie musiał poczuć winę.

W samochodzie milczeliśmy. Patrzyłam przez okno na ulice, które znałam, na sklep, w którym kupowałam wnukom słodycze, na park, gdzie biegały, gdy były małe. Całe życie byłam tłem ich codzienności. A teraz jechaliśmy, jakby wywozili starą szafę do magazynu.

Dom opieki pachniał zupą i płynem do podłóg. Na korytarzu stały wózki. Ktoś jęknął w sali obok. Pielęgniarka uśmiechnęła się uprzejmie, ale w jej oczach nie było ciepła — tylko rutyna.

— Pokój numer siedemnaście — powiedziała. — Proszę podpisać tutaj.

Syn podpisał. Bez wahania. Długopis w jego ręce drgnął tylko raz.

Weszłam do pokoju. Dwa łóżka. Jedno zajęte przez kobietę z siwymi włosami, która patrzyła w sufit. Drugie dla mnie. Mała szafka, krzesło, firanka z wyblakłym wzorem.

Syn postawił walizkę przy łóżku.

— No… to my pójdziemy — powiedział szybko. — Jutro zadzwonimy.

Jutro. Zawsze jutro.

— A wnuki? — zapytałam, choć wiedziałam.

Synowa spojrzała na zegarek.

— Są zmęczone. To dla nich trudne.

Zrozumiałam, że łatwiej im było nie przyjść, niż zobaczyć we mnie człowieka.

Syn już był przy drzwiach. Odwrócił się na moment.

— Mamo, nie rób z tego dramatu — rzucił, prawie tak samo, jak kiedyś ja mówiłam, gdy płakał jako dziecko. — Tu ci będzie dobrze.

I wyszedł.

Drzwi zamknęły się cicho. Bez trzasku. Bez pożegnania. Zostałam sama z walizką, z obcą kobietą w drugim łóżku i z ciszą, która miała smak zdrady.

Usiadłam na materacu. Dotknęłam prześcieradła, jakby miało mi powiedzieć, czy to naprawdę się dzieje. Palce mi drżały.

Kobieta z drugiego łóżka odezwała się nagle, chrapliwym głosem:

— Pierwszy raz?

Nie odpowiedziałam. Łzy napłynęły mi do oczu dopiero wtedy, gdy powiedziała kolejne zdanie:

— Nie płacz, kochana. Tu wszystkie byłyśmy kiedyś komuś potrzebne.

To był moment, w którym poczułam prawdziwy dramat.

Nie dlatego, że trafiłam do domu opieki.

Tylko dlatego, że całe życie byłam dla nich domem — i nikt nawet nie zapytał, czy ja też mam gdzie wrócić.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Mama wyjechała na zarobki do Wielkiej Brytanii": Miała wrócić z pieniędzmi na mieszkanie, a wróciła w ciąży

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Zaskakujące wyznanie Faustyny Martyniuk o mężu. Oto prawda o Danielu