Kiedy mówi spokojnie, ludzie myślą, że jest ciepła i opiekuńcza. Ja znam ją lepiej. Wiem, że jej spokój to narzędzie. Że w jej pytaniach zawsze jest haczyk.
Zaczęło się od drobiazgów. Niewinnych, rodzinnych rozmów przy herbacie. Jak w szkole. Co na obiad. Czy tata znowu długo pracuje. Czy mama jest zadowolona.
Mój syn odpowiadał, bo przecież to babcia. Babcie pyta się i babci się odpowiada. Uczyłam go grzeczności, nie podejrzliwości.
A potem zauważyłam, że ona wie za dużo.
Wiedziała, że pokłóciliśmy się o pieniądze, choć nigdy przy niej o tym nie rozmawialiśmy. Wiedziała, że mój mąż wrócił późno i że byłam zła. Wiedziała, że wymieniliśmy zamek w drzwiach. Wiedziała nawet, że płakałam w łazience, kiedy myślałam, że nikt nie słyszy.
Najpierw próbowałam sobie to wytłumaczyć. Może ktoś coś powiedział. Może syn się wygadał przypadkiem. Może przesadzam.
Ale to nie były przypadki.
Któregoś dnia weszłam do pokoju, gdy syn rozmawiał z nią przez telefon. Siedział na łóżku, skulony, a jego palce bawiły się sznurkiem od bluzy. Nie śmiał się. Nie opowiadał jak zwykle. Wyglądał, jakby zdawał egzamin.
Babcia pytała.
Czy mama i tata się kłócą. O co. Kto krzyczał. Kto pierwszy się obraził.
Czy mama ma jakieś tajemnice. Czy mama wychodzi sama. Do kogo dzwoni.
Czy w domu jest porządek. Czy ja gotuję. Czy czasem leżę cały dzień.
Pytania spadały na niego jak kamienie. A on próbował odpowiadać tak, żeby nie było źle. Tak, jak dzieci odpowiadają dorosłym, gdy wyczują, że od odpowiedzi zależy ich spokój.
Wyrwałam mu telefon z ręki, zanim zdążyłam się zastanowić. Serce waliło mi w piersi, jakbym biegła.
– Mamo, co ty robisz – zapytałam. Głos miałam obcy. Zbyt wysoki. Zbyt ostry.
Po drugiej stronie przez chwilę było cicho. A potem usłyszałam jej westchnienie. To westchnienie, które zawsze oznaczało jedno. Że to ja przesadzam.
– Rozmawiam z wnukiem – powiedziała słodko. – Co cię tak denerwuje. Przecież ja tylko pytam.
Tylko pytam. To było jej najgroźniejsze zdanie. Bo w nim zawsze znikała odpowiedzialność.
– On jest dzieckiem – powiedziałam. – Nie będziesz go przesłuchiwać o to, co się dzieje w moim domu.
Zachichotała krótko, pogardliwie.
– W twoim domu – powtórzyła. – A to ciekawe. Bo ja mam wrażenie, że w tym domu dzieje się różnie, a ty nie zawsze panujesz nad sytuacją. Ktoś musi wiedzieć, co się tam naprawdę dzieje.
Ktoś. Czyli ona.
W tej chwili zrozumiałam, że to nie jest troska o wnuka. To jest kontrola nad nami. Nad moim małżeństwem. Nad moim macierzyństwem. Nad moją reputacją. Ona nie chce wiedzieć, jak on się czuje. Ona chce wiedzieć, jak ja żyję.
Odłożyłam telefon i spojrzałam na syna. Miał spuścioną głowę. W jego oczach było poczucie winy, którego nie powinno mieć żadne dziecko.
– Przepraszam, mamo – wyszeptał. – Babcia mówiła, że to ważne. Że nie wolno nic ukrywać.
To zdanie rozsypało mnie od środka.
Bo nagle zobaczyłam, co ona robiła krok po kroku. Uczyła go, że lojalność wobec babci jest ważniejsza niż bezpieczeństwo w domu. Że tajemnica to grzech. Że dom to miejsce, z którego trzeba składać raport.
Zaczęłam zauważać kolejne rzeczy. Jak wypytuje go, kiedy odwiedza nas „przypadkiem”. Jak wchodzi do kuchni i od razu patrzy, czy jest zmywarka, czy są okruszki na stole. Jak komentuje, że jestem zmęczona. Jak mówi, że mój mąż jest jakiś cichy. Jak rzuca niby niewinne zdania, które mają wbić we mnie szpilkę.
A potem, kiedy zostaję sama, słyszę w głowie jej głos. Jakby już tam była.
Najbardziej dramatyczne jest to, że w pewnym momencie zaczęłam bać się własnego domu. Nie dlatego, że dzieje się w nim coś złego. Tylko dlatego, że moja matka zrobiła z niego scenę, na której jesteśmy obserwowani.
I wtedy przyszła chwila, w której musiałam wybrać.
Albo pozwolę, by mój syn stał się jej narzędziem.
Albo postawię granicę, choć wiem, że ona potraktuje to jak wojnę.
Tego wieczoru usiadłam z synem przy stole.
Powiedziałam mu spokojnie, że dom jest miejscem, w którym nie składa się raportów. Że nie musi odpowiadać na pytania, które sprawiają mu dyskomfort. Że ma prawo powiedzieć nie. Że tajemnica nie zawsze jest zła. Że czasem jest ochroną.
I że jeśli babcia pyta o rzeczy, które nie są dla dziecka, może powiedzieć jedno zdanie. Nie wiem. Nie chcę o tym rozmawiać.
Potem zadzwoniłam do matki. Serce waliło mi w gardle, jak za dawnych lat, kiedy miałam jej się postawić.
– Nie będziesz go wypytywać o nasze życie – powiedziałam. – Jeśli chcesz mieć kontakt z wnukiem, to na takich warunkach. Bez przesłuchań. Bez kontroli.
Zapadła cisza. Taka cisza, w której zawsze rodziły się jej najgorsze słowa.
– Zmieniasz go przeciwko mnie – powiedziała w końcu lodowato. – Wychowujesz go na kłamcę.
Nie odpowiedziałam od razu. Bo gdyby to była prawda, to ja byłabym potworem. A jeśli to nieprawda, to ona jest kimś, kto potrafi skrzywdzić dziecko, byle tylko mieć władzę.
I w tym właśnie był dramat.
Nie w tym, że matka pyta. Tylko w tym, że robi z wnuka narzędzie, a z mojego domu miejsce, w którym nie wolno oddychać bez jej wiedzy.
To też może cię zainteresować: Do 23 stycznia ważny termin dla seniorów. Zaległości mogą obniżyć emeryturę
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Mama mieszka sama na wsi i nie chce się stamtąd ruszyć": Zrobiła mi awanturę, kiedy chciałem jej pomóc