Zaczęło się niewinnie. Teściowa miała „wpaść tylko na chwilę”, bo „przechodziła obok” i chciała zostawić zupę dla syna. Zawsze tak mówiła: na chwilę. A potem ta chwila rozlewała się po naszym mieszkaniu jak zapach jej perfum – ciężki, dominujący, trudny do wywietrzenia.
Tego dnia mąż wyszedł do pracy wcześniej. Ja byłam na zdalnym, z kubkiem zimnej kawy i listą rzeczy, których nie miałam kiedy zrobić. Około dziesiątej zadzwonił domofon.
— To ja — odezwał się głos teściowej. — Otwórz.
Otworzyłam. Naiwnie, jak zawsze, licząc na spokój.
Weszła szybkim krokiem, bez „dzień dobry”, bez spojrzenia na mnie. W ręku torba, w oczach ten znajomy błysk: będzie kontrola.
— U was to zawsze taki… nieład — rzuciła od progu, rozglądając się, choć w przedpokoju było czysto. — Synuś musi odpoczywać po pracy, a ty go tu w stresie trzymasz.
Zacisnęłam zęby.
— Dzień dobry, pani Mario — powiedziałam spokojnie. — Jestem w pracy.
— Praca, praca… — machnęła ręką, jakby to było hobby. — Ja też pracowałam i jakoś dom ogarniałam.
Weszła do kuchni, zajrzała do zlewu, dotknęła palcem blatu, jakby szukała kurzu do raportu. Nagle odwróciła się do mnie i powiedziała tonem, który miał być „życzliwy”, a zawsze brzmiał jak wyrok:
— Ja ci powiem jedno: ty się do mojego syna nie nadajesz.
To zdanie nie było nowe. Różne wersje słyszałam od miesięcy. Zwykle przy obiedzie, przy świętach, w przelocie, niby żartem. Tylko że tym razem… ona mówiła inaczej. Pewniej. Jak ktoś, kto już podjął decyzję.
— Co pani ma na myśli? — zapytałam, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej.
Teściowa oparła torbę na krześle.
— Mam na myśli, że mój syn jest ślepy — powiedziała. — Ale ja nie będę patrzeć, jak ty go wykorzystujesz.
— Wykorzystuję? — prawie parsknęłam. — Ja tu mieszkam, pracuję, płacę…
— Płacisz? — przerwała mi gwałtownie. — To pokaż rachunki.
Wtedy poczułam to znajome mrowienie w karku: początek awantury, której nie da się zatrzymać, bo ona przyszła tu po coś więcej niż zupę.
— Nie będę się z panią tłumaczyć — powiedziałam twardo. — Proszę usiąść albo wyjść.
Teściowa uśmiechnęła się krótko, ostro.
— To ja wyjdę. Ale ty też wyjdziesz. Zobaczysz.
Nie zdążyłam zareagować.
Wyszła z kuchni, poszła prosto do sypialni. Jak do siebie. A ja za nią, już spanikowana.
— Proszę nie wchodzić do naszej sypialni! — powiedziałam.
Otworzyła szafę.
Zobaczyłam, jak jej ręce zaczynają wyrzucać moje rzeczy. Najpierw delikatnie, niby porządkowanie. Potem coraz szybciej: bluzy, sukienki, bielizna, kosmetyczka. Jakby wyciągała ze mnie dowód mojego istnienia w tym domu.
— Co pani robi?! — krzyknęłam.
— Sprzątam — rzuciła z lodowatym spokojem. — Twój bałagan. I twoją obecność.
Podbiegłam, złapałam ją za nadgarstek.
— Proszę natychmiast przestać!
Odepchnęła mnie tak mocno, że uderzyłam biodrem o łóżko.
— Nie dotykaj mnie! — wrzasnęła. — Ty jesteś bezczelna. Jak ja miałam twoje lata, to…
Nie słuchałam. Sięgnęłam po telefon, ręce mi się trzęsły.
Wybrałam numer męża.
Jeden sygnał. Drugi. Trzeci.
Nie odbierał.
Wtedy usłyszałam pierwszy huk.
Pobiegłam do salonu. Balkon był uchylony.
Teściowa stała przy drzwiach balkonowych z moją walizką – tą dużą, na wyjazdy – i właśnie ją podniosła.
— Nie! — krzyknęłam, rzucając się w jej stronę.
Za późno.
Walizka poleciała przez barierkę i spadła na chodnik. Usłyszałam głuchy trzask i metaliczny zgrzyt. Jakby coś we mnie pękło razem z kółkami.
— Zwariowała pani?! — wrzeszczałam. — Przecież tam są moje rzeczy!
Teściowa nawet nie drgnęła.
— To nie są twoje rzeczy — odpowiedziała. — To są śmieci. A śmieci się wyrzuca.
Zamarłam. Bo ona nie była w furii „chwilowej”. Ona była w furii, w której człowiek czuje się usprawiedliwiony.
Podniosła kolejną torbę. Moją torebkę z dokumentami, w której trzymałam teczkę z ważnymi papierami.
Wtedy poczułam czysty terror.
— Proszę tego nie ruszać! — krzyknęłam. — Tam są dokumenty! Akt urodzenia, umowa, papiery do pracy!
Odwróciła się do mnie z miną, jakby to było śmieszne.
— A co mnie obchodzi twoja praca? Mój syn cię utrzymuje.
— To nieprawda!
— A ja mówię, że prawda — syknęła. — I zaraz się dowiesz, gdzie twoje miejsce.
Złapałam ją znowu, próbując wyrwać torbę. Szarpaliśmy się. Ja płakałam ze złości, ona krzyczała, że „napadam na starszą kobietę”. W pewnym momencie pchnęła mnie na framugę drzwi balkonowych.
Ból przeszedł przez ramię, a ja zobaczyłam gwiazdki przed oczami.
I wtedy… usłyszałam klucz w zamku.
Drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie.
— CO TU SIĘ DZIEJE?! — głos męża przeciął mieszkanie jak nóż.
Stanął w przedpokoju spocony, w roboczej kurtce, z przerażeniem w oczach. Za nim powietrze z klatki schodowej wpadło do mieszkania jak zimny wiatr.
Teściowa natychmiast zmieniła twarz. Z agresywnej w ofiarną, w sekundę.
— Synku! Dobrze, że jesteś! — zawyła. — Ona mnie zaatakowała! Ona jest niebezpieczna!
Mąż spojrzał na mnie. Zobaczył mój czerwony ślad na ramieniu. Moje rozrzucone ubrania. Otwarty balkon. I… pustkę w miejscu, gdzie stała walizka.
Podszedł do balkonu, wychylił się.
Na chodniku leżały moje rzeczy. Rozsypane jak czyjeś życie wysypane z worka.
Mąż odwrócił się powoli do matki.
— Mamo… — powiedział cicho, ale w jego głosie było coś twardego. — Czy ty wyrzuciłaś jej rzeczy przez okno?
Teściowa zaczęła mówić szybko, nieskładnie, z oburzeniem na pokaz:
— Ja tylko… bo ona… ona się stawia! Ja chciałam cię ratować! Ona cię wykorzystuje, ona…
— Mamo. Odpowiedz — przerwał jej. — Wyrzuciłaś?
Teściowa zacisnęła usta.
— A co, mam pozwolić, żeby ona tu rządziła? To jest mój syn!
Mąż zrobił krok w jej stronę.
— To jest moje mieszkanie. Moja żona. I to, co zrobiłaś… jest chore.
Przez sekundę teściowa wyglądała na zszokowaną. Jakby pierwszy raz usłyszała, że ktoś może jej odmówić.
— Ty… ty stajesz po jej stronie? — wyszeptała.
— Staję po stronie normalności — odpowiedział. — A ty właśnie zrobiłaś coś, czego nie cofniesz.
I wtedy teściowa wybuchła. Prawdziwie. Bez maski.
— Ja cię wychowałam! Ja ci poświęciłam życie! A ty mnie tak?! Przez tę… przez tę…
Mąż podniósł głos. Nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby krzyczał na swoją matkę.
— Wynoś się. Teraz.
— Słucham?!
— Oddaj klucze — powiedział twardo. — I wyjdź.
Teściowa aż się cofnęła, jakby ją uderzył.
— Ja nie oddam! To ja ci je dałam!
Mąż podszedł do szafki w przedpokoju, wyjął zapasowy komplet kluczy, który matka trzymała „na wszelki wypadek”.
— Nie masz już żadnego „wypadku” — powiedział. — To koniec.
Teściowa spojrzała na mnie z nienawiścią tak czystą, że aż zimną.
— Ty go przeciwko mnie nastawiłaś — wysyczała.
— Nie — odpowiedziałam drżącym głosem. — Pani sama to zrobiła. Tym, co pani wyrzuciła przez okno.
Mąż nie pozwolił jej już mówić. Otworzył drzwi i wskazał korytarz.
— Wyjdź.
Teściowa jeszcze próbowała grać ofiarę, jeszcze łkała i mówiła o sercu, o samotności, o tym, że „ona umrze”, jeśli ją wyrzuci. Ale mąż był już inny. Jakby zobaczył coś, czego nie da się odzobaczyć.
Wyszła, trzaskając drzwiami tak, że aż drgnęły szyby.
Zrobiło się cicho.
Zbyt cicho.
Mąż popatrzył na mnie i nagle… z jego twarzy spadło napięcie. Jakby dopiero teraz dotarło do niego, że to się wydarzyło naprawdę.
— Przepraszam — wyszeptał. — Ja… ja nie wiedziałem, że ona…
— Ja też nie wiedziałam, że ona potrafi aż tak — odpowiedziałam i wtedy dopiero zaczęłam płakać. Nie elegancko. Normalnie. Z trzęsącym się oddechem.
Zbiegliśmy na dół. Na chodniku stały dwie sąsiadki, udając, że „przypadkiem” wyszły wyrzucić śmieci. Moje ubrania leżały w trawie, między kamieniami. Moje dokumenty wysunęły się z teczki. Zobaczyłam rozbitą ramkę ze zdjęciem — moją, z dzieciństwa, zmarłego taty.
Podniosłam ją i poczułam, jakby ktoś ścisnął mi gardło.
Mąż zbierał rzeczy w milczeniu. Ręce mu drżały, kiedy podnosił moje ubrania z ziemi, jakby dopiero teraz rozumiał, co znaczy „prywatność” i „granice”.
— Ona zrobiła to, kiedy cię nie było — powiedziałam cicho. — Jakby czekała na moment, kiedy będę sama.
Mąż zatrzymał się na sekundę.
— Już nigdy nie będziesz z nią sama — powiedział twardo. — I ona już nigdy nie wejdzie do naszego domu.
Kiedy wróciliśmy na górę z torbami, w mieszkaniu nadal było jak po burzy. Porozrzucane ubrania, otwarta szafa, ślady szarpaniny na balkonie. Usiadłam na podłodze w sypialni i poczułam, że mam pustkę w środku.
— W ostatniej chwili… — wyszeptałam bardziej do siebie. — Jeszcze chwila i wyrzuciłaby te dokumenty. Albo laptopa. Albo…
Mąż uklęknął obok mnie.
— Wróciłem, bo… — zawahał się. — Bo mama wysłała mi SMS-a: „Przyjedź szybciej, bo zaraz będzie porządek”.
„Porządek”.
Tak ona to nazwała.
Wtedy zrozumiałam coś, co było chyba najstraszniejsze w całej tej historii: dla niej to nie był wybuch emocji. To była akcja. Plan. Próba ustawienia świata tak, jak ona chce.
Tego samego wieczoru wymieniliśmy zamki.
A ja, kiedy kładłam się spać, nie czułam ulgi. Czułam żal. Bo w jednym dniu straciłam resztki złudzeń, że „z czasem będzie lepiej” i że „jakoś się dogadamy”.
Nie dogadasz się z kimś, kto próbuje cię złamać.
I choć mąż wrócił w ostatniej chwili, choć stanął po mojej stronie, ja wiedziałam, że po tym, co zobaczyłam na chodniku pod balkonem, nic już nie będzie zwykłe.
Bo są rzeczy, które można posprzątać.
A są takie, których nie da się pozbierać z ziemi.
To też może cię zainteresować: Tak ojciec Igi Świątek zareagował na wyniki plebiscytu. "Wydawało mi się, że zwycięstwo w Wimbledonie jest na tyle konkretne, że wystarczy"
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. Zaprosiła nas na weekend, a następnego dnia krzyczała: "Twoje dzieci doprowadzają mnie do szału!". Kazała nam wyjść