— Przyjadę do was. Wprowadzam się — oznajmiła bez „dzień dobry”, bez wstępu, takim tonem, jakby informowała o pogodzie.

Zamarłam z łyżką w ręce.

— Słucham?

— No mówię: wprowadzam się. Bo ja już nie mam gdzie mieszkać.

Usłyszałam w tle nerwowe oddechy, jakby stała nad kimś i czekała na reakcję. Pomyślałam od razu o Kasi, siostrze mojego męża. Ona zawsze była w tle, nawet gdy jej nie było słychać.

— A… mieszkanie? — zapytałam ostrożnie, choć czułam, że to pytanie jest jak zapalenie zapałki.

Teściowa parsknęła.

— Jakie mieszkanie? Nie ma mieszkania.

Rozłączyła się.

Stałam chwilę jak głupia, wpatrując się w ekran. A potem, jak na złość, weszły dzieci do kuchni, prosząc o sok, a ja nagle poczułam, że w gardle rośnie mi sucha gula. Bo ja już widziałam ten scenariusz: teściowa z walizkami, mąż z poczuciem winy, ja z przestrzenią, której nie ma, i codzienność, która nie wytrzyma trzeciej dorosłej osoby.

Kiedy mąż wrócił z pracy, powiedziałam mu wprost:

— Twoja mama powiedziała, że się do nas wprowadza.

Nie zdążył nawet zdjąć kurtki. Spojrzał na mnie i od razu wiedział.

— Co…? — wydusił.

— „Wprowadzam się, bo nie mam gdzie mieszkać.”

Mąż pobladł.

— Niemożliwe. Ona ma mieszkanie.

— No właśnie. Miała.

Przez chwilę stał bez ruchu, a potem wyjął telefon i zadzwonił do matki. Słyszałam tylko jego stronę rozmowy.

— Mamo, co ty wygadujesz…?
— Jak to „nie masz”?
— Co znaczy „nie ma mieszkania”?!

I nagle jego głos się zmienił. Z takiego „uspokajającego” w taki, którego u niego prawie nie słyszałam: ostry, zraniony.

— Kasia…? Kasia ci to zrobiła…?

Przestałam oddychać.

Mąż rozłączył się i przez moment patrzył w podłogę, jakby próbował wcisnąć emocje z powrotem do środka.

— Mama jest u Kasi — powiedział cicho. — I… podobno Kasia sprzedała jej mieszkanie.

— Sprzedała? — powtórzyłam głupio. — Jak można sprzedać cudze mieszkanie?

Mąż wytarł twarz dłońmi.

— Właśnie… nie wiem.

Nie musiałam czekać długo na wyjaśnienia. Teściowa zjawiła się u nas następnego dnia. Nie zapowiedziała się. Po prostu stanęła pod drzwiami z dwiema walizkami i reklamówką z dokumentami, jakby to była przeprowadzka na wakacje, a nie koniec jej świata.

Była blada, ale w oczach miała coś, co mnie zaskoczyło: nie tylko złość. Upokorzenie.

— No. Jestem — powiedziała, zanim mąż zdążył ją przytulić.

Mąż chwycił walizki i wciągnął ją do środka.

— Mamo, co się stało? — zapytał.

Teściowa rozejrzała się po naszym mieszkaniu, jakby już liczyła, gdzie postawi łóżko.

— Stało się to, że twoja siostra jest… — zawiesiła głos i zacisnęła usta. — A ja byłam głupia.

Usiadła przy stole. Nie zdjęła płaszcza. Ręce jej drżały.

— Kasia mi powiedziała, że trzeba „uregulować sprawy” — zaczęła. — Że jak się coś stanie, to wszystko będzie łatwiej. Że notariusz, że papiery, że „żebyś ty nie musiał się potem bawić”.

Mąż usiadł naprzeciwko niej jak przed wyrokiem.

— Jakie papiery?

Teściowa spojrzała na walizkę i wyjęła z reklamówki plik dokumentów w przezroczystej koszulce.

— To — powiedziała cicho. — To jest… darowizna.

Zamarłam. Mąż też.

— Darowizna mieszkania na Kasię — dodała i jakby sama siebie uderzyła tym zdaniem.

— Mamo… — głos męża się załamał. — Przepisałaś na nią mieszkanie?

— Nie przepisałam! — wybuchła nagle, z tą histerią, która bierze się ze wstydu. — Ja podpisałam, co mi podała! Ona mówiła, że to pełnomocnictwo, że to „do spółdzielni”, że ja tylko „żeby ona mogła załatwić”! A notariusz… notariusz coś czytał, ale ona stała obok i mówiła: „mamo, podpisz, bo się spóźnimy”.

W kuchni zrobiło się nienaturalnie cicho. Nawet dzieci w pokoju jakby przestały krzyczeć.

— I co dalej? — zapytałam, choć już czułam, że to będzie brudne.

Teściowa przełknęła ślinę.

— Najpierw było dobrze. Kasia mówiła: „mamo, mieszkaj sobie, nic się nie zmienia”. Nawet się do mnie uśmiechała. Przynosiła zakupy, raz czy dwa. A potem… potem zaczęła mnie wyganiać.

— Wyganiać? — mąż prawie krzyknął.

Teściowa zaczęła mówić szybciej, jakby bała się, że jak przestanie, to znowu nie starczy jej odwagi.

— Powiedziała, że ona ma swoje plany. Że chce sprzedać, bo jej brakuje na wkład własny… albo na remont… ja już nie wiem, co ona mówiła, ona co tydzień mówiła co innego. Ja mówiłam, że nie, że ja tu mieszkam, że to moje. A ona wtedy… — zawiesiła głos i patrzyła w stół. — Ona wtedy zaczęła płakać. Że ja ją niszczę. Że ona ma kredyt, że przez mnie dzieci nie będą miały pokoju. Że „mama, jesteś egoistką”.

Mąż zacisnął pięści. Widziałam, jak mu pulsuje żyła na skroni.

— I ty…?

— I ja się w końcu zgodziłam na „tymczasowo” — wyszeptała teściowa. — Ona powiedziała, że znajdzie mi coś. „Małe mieszkanko”, „kawalerka”, „blisko”. A ja… ja już miałam dosyć awantur.

Odchrząknęła i wyciągnęła kolejny papier.

— To jest wypowiedzenie… — powiedziała tak cicho, że ledwo usłyszałam. — Przyszło od nowego właściciela. Ona sprzedała.

Mąż zerwał się z krzesła.

— Kiedy?!

— Dwa tygodnie temu — szepnęła. — Ja się dowiedziałam… wczoraj. Jak przyszło pismo. Kasia mi powiedziała, że „to formalność”. Że „i tak się wyprowadzę”.

Widziałam, jak mąż chodzi po kuchni jak zwierzę w klatce. Wreszcie zatrzymał się i spojrzał na matkę.

— Gdzie ty spałaś?

Teściowa spuściła wzrok.

— U Kasi. Na kanapie. Trzy noce. A ona… ona mi co rano mówiła, żebym nie zostawiała okruszków. I żebym „nie robiła z siebie ofiary”, bo „sama podpisałam”.

Zrobiło mi się niedobrze. Bo w tej historii najgorsze nie były dokumenty. Najgorsze było to, jak szybko ktoś potrafi zmienić matkę w kłopot.

Mąż wziął telefon i zadzwonił do siostry. Od razu. Na głośnik.

— Kasia, co ty zrobiłaś?!

Jej głos był spokojny. Za spokojny.

— A co? — przeciągnęła. — Rozumiem, że mama już u was?

Teściowa drgnęła, jakby dostała w twarz.

— Ty sprzedałaś jej mieszkanie! — krzyczał mąż.

— Moje mieszkanie — poprawiła Kasia chłodno. — Jest na mnie. Mama podpisała. Wszystko legalnie.

— Ona nie wiedziała, co podpisuje!

— To niech nie robi z siebie dziecka — prychnęła. — Notariusz czytał. Mama słyszała. Mama zawsze wie najlepiej, a teraz nagle „nie wiedziała”? Błagam.

Mąż aż zbladł.

— Obiecałaś jej, że będzie mogła mieszkać!

— Obiecywałam wiele rzeczy, zanim zobaczyłam, jak to wygląda w praktyce — powiedziała Kasia. — Ona mnie wykańczała. Wiecznie pretensje, wiecznie płacz. Ja nie będę sobie życia psuła.

Teściowa zacisnęła usta, ale łzy napłynęły jej do oczu. Tym razem prawdziwe.

— I co teraz? — zapytał mąż.

Kasia westchnęła ostentacyjnie.

— Teraz wy się nią zajmijcie. Ty jesteś synem. Ja mam dzieci. Ja nie mam miejsca. Poza tym, mama zawsze mówiła, że ty jesteś „taki odpowiedzialny”.

Widziałam, jak mój mąż w tej sekundzie rozumie, że to była gra od początku. Że Kasia nie tylko zabrała mieszkanie. Ona jeszcze zaplanowała, gdzie „problem” ma wylądować.

— Ty jesteś… — zaczął, ale nie dokończył. Rozłączył się.

W kuchni zrobiło się duszno, jakby zabrakło powietrza.

Teściowa wstała i spojrzała na nas z tym swoim uporem, który dotąd mnie wkurzał, a teraz… teraz wyglądał jak resztka godności.

— Ja już nie chcę wracać do Kasi — powiedziała. — Ja tam nie mam nic. Ona mnie traktuje jak… jak worek.

Mąż podszedł do niej i objął ją, ale ja widziałam, że jego ramiona są sztywne. To nie była czułość. To było poczucie obowiązku, które go przygniatało.

I wtedy dotarło do mnie coś, czego się bałam powiedzieć na głos.

Bo teściowa była ofiarą własnej córki, to prawda. Ale jednocześnie… teraz miała plan.

Plan na nas.

W nocy nie spałam. Słyszałam, jak teściowa kręci się na kanapie w salonie. Słyszałam, jak mąż przewraca się w łóżku, jakby co chwilę budziło go to samo zdanie: „wszystko legalnie”.

Rano teściowa wstała wcześniej niż ja i zaczęła przestawiać rzeczy w kuchni. Nie złośliwie. Naturalnie, jak u siebie. Kubki na inną półkę. Pojemniki w szufladzie „żeby było porządnie”. Jakby już zapuszczała korzenie.

— Mamo, poczekaj — powiedziałam ostrożnie. — My… musimy ustalić, jak to będzie wyglądało.

Spojrzała na mnie chłodno.

— A jak ma wyglądać? — odparła. — Jestem matką twojego męża. Ja tu będę. Na stałe. Bo ja nie będę się tułać.

To „na stałe” zabrzmiało jak zatrzaśnięcie drzwi.

Wieczorem mąż wrócił z pracy wcześniej. Usiadł ciężko przy stole.

— Byłem u prawnika — powiedział cicho. — To… skomplikowane. Da się coś próbować, ale to nie będzie „pstryk”.

Teściowa zacisnęła wargi, jakby czekała na jedno słowo: że zostaje.

Mąż spojrzał na mnie. W jego oczach była prośba, której nienawidziłam: ustąp, proszę, zróbmy to dla świętego spokoju.

A ja w tej samej chwili zobaczyłam przyszłość, jeśli powiem „dobrze”: teściowa w naszym mieszkaniu, Kasia z pieniędzmi, my z jej problemem, a mój dom przestaje być mój.

I wtedy teściowa powiedziała coś, co dobiło mnie najbardziej:

— Tylko nie próbujcie mnie odsyłać do domu opieki, bo ja wam zrobię wstyd na całą rodzinę. Ja mam jeszcze znajomych. Ja powiem, jak to jest, że własny syn…

Znowu szantaż. Tylko w innym opakowaniu.

Mąż otworzył usta, ale ja go ubiegłam.

— Nikt pani nie odsyła dziś nigdzie — powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło. — Ale proszę też zrozumieć, że to nie jest decyzja „od jutra”. To jest nasz dom. I my mamy dzieci. I granice.

Teściowa spojrzała na mnie tak, jakby znów widziała we mnie wroga. Może łatwiej było jej nienawidzić mnie, niż przyznać, że własna córka ją okradła i wyrzuciła jak rzecz.

— Ja nie mam granic — syknęła. — Ja mam walizki.

I wtedy zadzwonił domofon.

Mąż spojrzał na ekran. Zbladł.

— To Kasia — powiedział.

Teściowa poderwała się jak sprężyna.

— Co ona tu robi?!

A ja poczułam lodowaty dreszcz, bo zrozumiałam, że teraz to już nie jest rodzinny dramat w kuchni.

Teraz zaczyna się wojna o to, kto zostanie z konsekwencjami.

I kto w tej rodzinie zapłaci za cudzą chciwość.

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Teściowa wyznała, że mnie nienawidzi": Potem pierwszy raz zobaczyłam ją załamaną

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Dwa razy był "po drugiej stronie". Opisał, co zobaczył, gdy jego serce przestało bić