— Ja nie jem odgrzewanego — powiedział wtedy, w restauracji, z uśmiechem, jakby opowiadał o tym, że nie lubi pomidorów. — Wszystko musi być świeże. Prosto z garnka.
Zaśmiałam się, bo ludzie się śmieją, kiedy nie chcą widzieć ostrzeżenia.
Wtedy myślałam: dobrze, będę gotować świeżo. To miłość, to dbanie o siebie. Nie wiedziałam jeszcze, że to „świeżo” nie dotyczy jedzenia. Dotyczy władzy.
Po ślubie okazało się, że odgrzewane to nie tylko zupa z wczoraj. Odgrzewane było wszystko, co nie było zrobione “dla niego”.
Zrobiłam rosół w niedzielę, duży garnek, jak się robi, kiedy chce się mieć spokój na dwa dni. W poniedziałek wróciłam z pracy później — korki, padało, nogi miałam jak z waty. Pomyślałam, że rozgrzeję rosół, dogotuję makaron i będzie. Ciepłe, domowe, normalne.
Kiedy wlałam zupę do garnka, on wszedł do kuchni.
Nie zapytał, jak minął dzień. Nie pocałował mnie w czoło. Zatrzymał się w drzwiach i patrzył na mnie tak, jakby widział przestępstwo.
— Co ty robisz? — zapytał.
— Podgrzewam rosół — odpowiedziałam spokojnie. — Wczoraj robiłam. Jest jeszcze świetny.
Widziałam, jak napina mu się twarz.
— Ja tego nie zjem.
— Przecież to rosół — próbowałam się uśmiechnąć. — Z wczoraj. To nawet lepsze następnego dnia.
— Nie. — Powiedział to tak, jakby stawiał granicę. — Nie jem odgrzewanych. Mówiłem ci.
W kuchni pachniało rosołem, marchewką, pieprzem. A ja nagle poczułam, że ten zapach jest ciężki, duszący. Że w tej kuchni nie ma ciepła. Jest test.
— To co mam zrobić? — zapytałam.
Wzruszył ramionami.
— Ugotuj coś.
Tak po prostu. Jakby powiedział “zapnij kurtkę”.
Ugotuj coś. Po całym dniu pracy. Z mokrymi butami w przedpokoju. Z kręgosłupem, który błagał, żeby usiąść.
Zrobiłam makaron z sosem. Na szybko. A potem, kiedy podałam, spojrzał na talerz i stwierdził:
— Sos jest za rzadki.
Nie zjadł. Wstał, wyjął jogurt z lodówki i zjadł go ostentacyjnie przy blacie, jakby chciał mi pokazać, że poradzi sobie beze mnie.
Ja stałam przy zlewie i myłam garnek po rosole, a łzy kapały mi do wody. Mieszały się z pianą. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam: to nie jest o jedzeniu.
Ale przez długi czas udawałam, że jest.
Bo łatwiej jest powiedzieć sobie: “on ma swoje przyzwyczajenia”, niż przyznać: “on mnie tresuje”.
Zaczęło się od odgrzewanych potraw. Potem doszły inne “zasady”.
— Ziemniaki mają być świeżo ugotowane, nie z wody z wczoraj.
— Kotlet ma być zrobiony teraz, nie rano.
— Sałatka nie może stać w lodówce, bo “przechodzi”.
Lodówka była dla niego jak muzeum rzeczy, których nie dotknie.
A ja byłam w tym domu jak kucharka na etacie bez umowy. Tylko że w pracy przynajmniej ktoś mówi “dziękuję”. U mnie “dziękuję” było rzadziej niż święta.
Najgorzej było zimą. Wracałam zmęczona, dłonie miałam sztywne od zimna, a w głowie tylko jedno: żeby było ciepło. Chciałam, żeby dom pachniał obiadem, żeby było spokojnie.
Gotowałam więc późno. O dwudziestej. O dwudziestej pierwszej. Kiedy normalni ludzie piją herbatę i oglądają serial, ja stałam przy patelni, bo “teraz ma być świeże”.
Pewnego dnia zasnęłam na kanapie w ubraniu. Nawet nie wiem kiedy. Po prostu zgasłam. Obudził mnie jego głos.
— Ty śpisz? — syknął. — A kolacja?
Otworzyłam oczy, nieprzytomna.
— Jest w lodówce… zrobiłam rano… — zaczęłam, jeszcze w połowie snu.
Wtedy zobaczyłam jego twarz. Nie złość. Pogardę.
— Rano?! — krzyknął. — Ty myślisz, że ja jestem świnią, żeby żreć odgrzewane?!
Słowo “świnia” przebiło mi uszy.
Usiadłam, serce waliło mi jak młot.
— Nie mów tak do mnie — powiedziałam cicho.
On prychnął.
— To gotuj jak trzeba, a nie będę mówił.
I wtedy wstałam. Nogi mi drżały. Poszłam do kuchni. Wyjęłam z lodówki pojemnik z jedzeniem, które przygotowałam. Pachniało dobrze. Było świeże, tylko… schłodzone. Normalne.
Postawiłam pojemnik na stole.
— Zjedz — powiedziałam.
— Nie — odpowiedział.
— Zjedz — powtórzyłam, tym razem ostrzej. Sama się zdziwiłam własnym tonem.
Spojrzał na mnie, jakby nie poznawał.
— Co ty robisz?
— Sprawdzam, czy ty naprawdę nie jadasz odgrzewanych — powiedziałam. — Czy ty po prostu potrzebujesz, żebym stała przy garnkach, kiedy ty klaszczesz.
Cisza spadła między nami ciężka jak pokrywka.
— Ty przesadzasz — rzucił w końcu.
— Nie. — Głos mi się trząsł, ale mówiłam dalej. — Ja jestem zmęczona. I już nie będę gotować na rozkaz. To jest dom, nie restauracja. A ja jestem twoją żoną, nie kucharką.
On zrobił krok w moją stronę.
— To ja sobie coś zamówię.
— Zamów — powiedziałam.
To słowo wyszło ze mnie spokojnie, jakby przez lata dojrzewało do tego momentu. Jakby całe moje zmęczenie wreszcie znalazło formę.
Wyjął telefon. Zaczął demonstracyjnie przeglądać aplikację. Robił to wolno, żeby mnie ukarać ciszą. Żeby pokazać: “bez ciebie też sobie poradzę”.
A ja patrzyłam na niego i zrozumiałam coś strasznego: ja też sobie poradzę.
Tylko że przez lata wierzyłam, że jeśli nie ugotuję, to dom się rozpadnie. Że jeśli nie spełnię jego “zasad”, to ja będę winna.
A prawda była inna.
Dom rozpadał się właśnie dlatego, że ja ciągle próbowałam go ratować sama.
Tej nocy nie usmażyłam niczego. Zjadłam kawałek chleba z serem i wypiłam herbatę. Poszłam spać wcześniej. Po raz pierwszy od dawna nie czekałam, czy on będzie zadowolony. Nie czekałam na ocenę. Nie drżałam, że „znowu coś nie tak”.
Rano wstał obrażony. Cisza w nim była głośna.
— To co dzisiaj na obiad? — rzucił, jakby sprawdzał, czy wrócę na stare tory.
Wzięłam oddech.
— Dzisiaj? — powtórzyłam. — To, co będzie. Ugotuję, kiedy będę miała siłę. A jeśli chcesz “tuż przed podaniem”, to możesz ugotować sam.
Zaśmiał się krótko.
— Ja? Gotować?
I wtedy powiedziałam najprostsze zdanie, jakie kiedykolwiek wypowiedziałam w tym domu:
— Tak. Ty.
Patrzył na mnie długo. Jakby próbował znaleźć w mojej twarzy dawną uległość. Tę, która zawsze w końcu mówiła: “dobra, już robię”.
Nie znalazł.
Wyszedł, trzaskając drzwiami od łazienki. A ja stałam w kuchni i czułam, że jestem przerażona — bo bunt jest straszny — ale też czułam ulgę. Jakby ktoś odpiął mi z pleców ciężki garnek, który nosiłam latami.
Bo to, że mąż “nie jada odgrzewanych potraw”, było tylko początkiem.
Prawdziwym problemem było to, że ja przez lata odgrzewałam własne zmęczenie, własne łzy i własne milczenie — aż w końcu przypaliłam się od środka.
I jeśli mam w tym domu jeszcze zostać, to już nie jako ktoś, kto stale stoi przy kuchence.
Tylko jako ktoś, kto ma prawo usiąść przy stole. I być człowiekiem.
To też może cię zainteresować: 4 stycznia zmieni wszystko. Te 4 znaki zodiaku otrzymają jasny sygnał od Wszechświata
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Fala krytyki po "Wystrzałowym Sylwestrze". TV Republika tłumaczy się z wielkiego błędu