Notariusz miał czyste biurko, gładkie słowa i długopis, który sunął po papierze jak po lodzie.

— To dla pana wnuka, tak? — zapytał uprzejmie.

— Dla niego — odpowiedziałam, a serce miałam miękkie. — Żeby miał start. Żeby wiedział, że ma swoje.

Wnuk siedział obok, w nowej koszuli. Uśmiechnął się do mnie na moment, jak dawniej, kiedy był mały i przybiegał po kompot. Pomyślałam wtedy: dobrze zrobiłam. Pomyślałam, że rodzina to jest ten ostatni sens, jaki człowiek ma na starość.

Nikt mi nie powiedział, że rodziną można sobie podłożyć nogę.

Przez pierwsze tygodnie wszystko było “jak zwykle”. Dzwonił, pytał, czy coś kupić w sklepie, mówił „babciu, odpoczywaj”. Nawet raz przyniósł mi ulubione pierniczki, te z czekoladą. Powiedział:

— Teraz to już się nie musisz martwić.

I ja, głupia, uwierzyłam, że to znaczy: będę przy tobie.

Potem zaczęły się drobiazgi. Drobiazgi, które są jak zimne krople na karku: niby nic, a człowiek zaczyna się rozglądać, skąd kapie.

Najpierw wymienił zamek w drzwiach.

— Żeby było bezpieczniej, babciu — rzucił lekko, kiedy zapytałam.

— A klucz? — spytałam.

Zaśmiał się.

— No mam przecież. Jak będziesz chciała, to będę otwierał.

To zdanie zabrzmiało wtedy dziwnie, ale ja je połknęłam. Bo starsi ludzie połykają dużo rzeczy. Połykają dumę, żeby “nie robić awantur”. Połykają ból, żeby “nie przeszkadzać”. Połykają strach, bo myślą, że strach i tak nikogo nie interesuje.

Następnie powiedział, że “trzeba uporządkować rachunki”, bo dom jest “na niego” i w razie czego “on odpowiada”.

— Babciu, prąd będzie przechodził na mnie, gaz też. Tak jest normalnie — tłumaczył, jakby mówił do dziecka.

— Ale ja zawsze płaciłam — powiedziałam.

— Wiem. Ale teraz… formalności. Nie komplikuj.

Nie komplikuj. To słowo wracało coraz częściej. Zawsze wtedy, kiedy próbowałam zrozumieć, co się dzieje.

Aż pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka i powiedziała:

— Słuchaj… on coś mówił, że będzie remont. Że ty wyjedziesz na jakiś czas.

Wyjedziesz.

Zrobiło mi się słabo. Bo ja nigdzie nie planowałam wyjeżdżać. To był mój dom. Mój płot, moja jabłoń, moje schodki, na których siadałam latem. Mój korytarz, po którym stąpałam w nocy, kiedy nie mogłam spać.

Wieczorem wnuk przyszedł. Nie sam. Z matką.

Moja córka weszła pierwsza, szybkim krokiem, jakby bała się, że jak się zatrzyma, to zacznie myśleć. Wnuk wszedł za nią i nie patrzył mi w oczy.

Zanim zdążyłam powiedzieć „dzień dobry”, córka zaczęła:

— Mamo, musimy poważnie porozmawiać.

Poważnie. Zawsze wtedy jest źle.

Usiadłam przy stole. Ten sam stół, przy którym kiedyś jadł naleśniki i brudził sobie nos dżemem. Teraz siedział naprzeciwko mnie jak obcy człowiek.

— Co się dzieje? — zapytałam.

Wnuk chrząknął i powiedział spokojnie, za spokojnie:

— Babciu, to będzie najlepsze rozwiązanie.

Już mnie ścisnęło w środku, zanim padły słowa.

— Jakie rozwiązanie?

Córka spojrzała na mnie, jakby nie chciała, ale musiała.

— Dom opieki — powiedziała szybko. — Taki porządny. Tam będziesz miała opiekę, rehabilitację, lekarzy. A tu… — rozejrzała się po kuchni, jakby oceniała stan budynku, nie mój stan. — Tu już nie dasz rady.

Nie dasz rady.

To zdanie potrafi zabić człowieka od środka, kiedy słyszy je we własnym domu.

— Jak to… dom opieki? — wyszeptałam. — Przecież ja jeszcze…

— Mamo, nie rób sceny — weszła mi w słowo. — Przewróciłaś się ostatnio na schodach.

Tak, przewróciłam się. Bo zakręciło mi się w głowie. Bo mam swoje lata. Ale wstałam. Sama. Otarłam kolano, usiadłam na chwilę. Nie umierałam.

Wnuk w końcu podniósł wzrok. W jego oczach nie było czułości. Była kalkulacja. I coś jeszcze: zniecierpliwienie.

— Babciu, dom jest mój — powiedział. — A ja chcę tu zrobić porządek. Chcę go sprzedać albo wynająć. To są pieniądze. Ja nie mogę mieć tu… no… problemu.

„Problemu”.

Tak mnie nazwał. Nie “babcia”. Nie “rodzina”. “Problem”.

Poczułam, jak serce mi pęka, ale twarz miałam suchą. To jest najgorszy rodzaj bólu — taki, przy którym nie ma nawet łez.

— Czyli po to przepisałam na ciebie dom? — zapytałam bardzo cicho. — Żebyś teraz mnie z niego wyrzucił?

— Nikt cię nie wyrzuca — wtrąciła córka. — To dla twojego dobra.

Zawsze “dla dobra”. Jak zaklęcie, które ma usprawiedliwić wszystko.

— A gdzie ja mam iść? — zapytałam. — W domu opieki? W obcym pokoju? Z obcymi ludźmi? Mam tam dożyć końca?

Wnuk wzruszył ramionami.

— Babciu, tak się robi. Starzy ludzie idą do opieki. A młodzi żyją.

Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Jakbym na sekundę straciła równowagę, nie na schodach, tylko w życiu.

Wstałam od stołu powoli. Palce oparłam o blat, żeby się nie zachwiać.

— Wiesz, co jest najstraszniejsze? — powiedziałam. — Nie to, że chcesz mnie oddać. Najstraszniejsze jest to, że ja ci ufałam. Oddałam ci dom, bo myślałam, że oddaję go komuś, kto mnie kocha.

Córka przewróciła oczami.

— Mamo, dramatyzujesz.

To słowo było jak policzek.

Spojrzałam na nią.

— Ty też. Ty też mnie oddajesz — powiedziałam. — Bo ci wygodniej.

Córka zacisnęła usta.

— Nie chcę się z tobą kłócić.

— To nie jest kłótnia — odpowiedziałam. — To jest moje życie.

Wnuk wstał gwałtownie.

— Babciu, nie rób problemów. Dokumenty są podpisane. To nie jest dyskusja.

Nie jest dyskusja.

W tej chwili poczułam coś dziwnego. Nie rozpacz. Nie panikę. Coś twardego, jak kamień, który w końcu przestał mnie ciążyć i stał się bronią.

— To ja też ci powiem, że to nie jest dyskusja — powiedziałam. — Ja nigdzie nie jadę.

Zamilkli. Jakby nie przewidzieli, że ja mogę powiedzieć “nie”.

— Jak to nie? — córka zmarszczyła brwi.

— Tak, jak mówię — odpowiedziałam. — Ja mam prawo tu mieszkać. To jest mój dom. Moje życie. I jeśli myślisz, że oddając ci papier, oddałam ci siebie, to się mylisz.

Wnuk zaśmiał się krótko.

— A co zrobisz? Zadzwonisz na policję? Powiesz, że cię wnuk prześladuje?

Zrobiłam krok w stronę szuflady. Wyjęłam z niej teczkę, tę, w której trzymałam dokumenty. Stare nawyki: wszystko mieć, wszystko chować, wszystko “na wszelki wypadek”.

Wyciągnęłam akt notarialny. Ręce mi drżały, ale czytałam.

Wtedy zobaczyłam coś, czego wcześniej nie rozumiałam, bo byłam w tej słonecznej naiwności: że podpisałam “darowiznę” bez żadnego zabezpieczenia. Bez służebności. Bez dożywocia. Bez jednego zdania, które mówi: babcia ma prawo tu mieszkać do końca.

Zrobiło mi się słabo.

Córka widziała moją twarz.

— No widzisz — powiedziała twardo. — To jest jego. Po co drążysz?

I w tej sekundzie zrozumiałam, jak wygląda zdrada. Nie w filmie. W kuchni. Przy stole. W słowach “po co drążysz”.

Usiadłam. Oddech miałam płytki. W głowie szumiało.

Wnuk wziął kurtkę.

— Daj jej czas, mamo — powiedział do mojej córki. — Ona się oswoi. W poniedziałek jedziemy obejrzeć ośrodek.

W poniedziałek.

Ustalili termin, jakby chodziło o wycieczkę, a nie o mój koniec w cudzym pokoju.

Kiedy wyszli, zostałam sama. Dom nagle wydał mi się ogromny i obcy, chociaż znałam każdy jego kąt. Usiadłam na schodku przy wejściu i patrzyłam na podwórko. Jabłoń stała jak zawsze. Płot jak zawsze. Tylko ja byłam inna.

Pierwszy raz w życiu poczułam prawdziwy, lodowaty strach: że mogą mi zabrać miejsce, w którym jestem sobą.

Wstałam. Poszłam do telefonu. Zadzwoniłam do notariusza — ale nie tego samego. Do kogoś obcego, niezależnego. Potem zadzwoniłam do prawnika, którego numer dostałam kiedyś od sąsiadki “na wszelki wypadek”. Powiedziałam krótko:

— Przepisałam dom na wnuka, a on chce mnie oddać do domu opieki. Co mogę zrobić?

Głos mi się łamał, ale mówiłam.

Prawnik nie obiecywał cudów. Powiedział tylko spokojnie, że są możliwości: rozmowa, mediacja, a czasem droga prawna. Że darowiznę można w pewnych sytuacjach odwołać, jeśli obdarowany zachowuje się rażąco niewdzięcznie. Że nic nie dzieje się “z dnia na dzień”, jeśli ja się nie poddam.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, poczułam, że oddycham pierwszy raz od ich wizyty.

Wieczorem wnuk zadzwonił.

— Babciu, nie kombinuj — powiedział bez przywitania. — Mama mówi, że dzwoniłaś gdzieś.

Słowo “kombinuj” było jak kolejne upokorzenie.

— Nie kombinuję — odpowiedziałam spokojnie. — Ja się bronię.

— Przed czym?

— Przed własną rodziną — powiedziałam. — Przed tym, że traktujecie mnie jak rzecz, którą można przestawić.

W słuchawce zapadła cisza.

— Babciu… — zaczął, ale w jego głosie nie było skruchy. Była irytacja.

— Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? — przerwałam mu. — Że ja ci oddałam dom z miłości. A ty chcesz mnie oddać z wygody.

Nie odpowiedział.

— W poniedziałek nigdzie nie jadę — dodałam. — I jeśli przyjedziecie po mnie jak po paczkę, to ja zrobię awanturę taką, że cała wieś usłyszy. I zadzwonię po pomoc. Bo ja mam prawo żyć godnie.

Rozłączył się.

Tej nocy siedziałam długo w kuchni z tą samą zimną herbatą, którą robiłam sobie, kiedy nie mogłam spać. Płakałam, ale po cichu, żeby nikt nie słyszał. Jakby wstyd było płakać, kiedy człowiek został oszukany.

A potem, nad ranem, wzięłam kartkę i napisałam na górze: “Nie dam się.”

Bo dom można przepisać.

Ale godności nie przepisuje się na wnuka.

I choć serce mi pękało, czułam jedno: jeśli teraz się poddam, to naprawdę oddam wszystko. Nie tylko dom. Oddam siebie.

A na to — już nie pozwolę.

To też może cię zainteresować: Kosmiczny przełom od dziś. Te znaki zodiaku doświadczą prawdziwej rewolucji życiowej

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Twoje stopy wiedzą o chorobie wcześniej niż Ty. Te zmiany zwiastują problemy z sercem i wątrobą