Trzymał w dłoni torbę z rzeczami, które miały zamknąć całe życie w kilku przedmiotach: sweter w ciemne paski, ciepłe skarpety, zdjęcie z odpustu, różaniec, krem do rąk, który pachniał jak jej kuchnia — mąką i mydłem. Do tego dokumenty w teczce, poukładane równo, żeby nie było widać, że ręce mu się trzęsą.

Powtarzał sobie w głowie słowa, które brzmiały rozsądnie, nawet jeśli bolały:

Nie daję rady. To dla jej dobra. Nie mogę jej zostawić samej, a ja nie jestem już w stanie być przy niej cały czas. To najlepsze miejsce.

Mówił to jak pacierz. Bo jeśli powtarzasz coś wystarczająco długo, zaczyna brzmieć jak prawda.

Dom opieki stał na końcu ulicy, za płotem z zielonej siatki. Nad wejściem wisiał napis: „Dom Spokojnej Jesieni”. Uśmiechnięte litery, jak z folderu. A w środku — zapach gotowanej kapusty i środków czystości. Zapach, który nie jest zły. Jest po prostu… bezosobowy.

Recepcjonistka uśmiechnęła się zawodowo.

— Pan do kogo?

Powiedział imię matki i poczuł, jakby wypowiadał je w obcym języku. Jakby to nie była już ta sama kobieta, która kiedyś budziła go do szkoły i dmuchała na obtarte kolano.

— Proszę chwilkę poczekać — powiedziała. — Pani Zofia jest na sali.

„Pani Zofia”.

Nie „mama”. „Pani”.

Kiedy pielęgniarka prowadziła go korytarzem, mijał drzwi z tabliczkami, za którymi było czyjeś życie. Mijał telewizor grający głośno, żeby zagłuszyć ciszę. Mijał ludzi, którzy patrzyli w ścianę, jakby tam była odpowiedź.

Chciał się odwrócić i wyjść. Ale nogi go niosły dalej, ciężko, jakby miał przy kostkach przywiązane kamienie.

— Proszę — pielęgniarka zatrzymała się przy drzwiach. — Tu.

Wszedł.

Matka siedziała na łóżku, w piżamie w drobne kwiaty. Była drobniejsza, niż ją zapamiętał. Jakby choroba zabrała z niej nie tylko siłę, ale i miejsce w świecie. Miała koc na kolanach, choć w pokoju było ciepło.

Kiedy go zobaczyła, uniosła głowę. Jej oczy były inne niż kiedyś — czasem mętne, czasem nagle ostre, jakby na moment wracała do niej cała świadomość.

— Ty? — zapytała, jakby się zdziwiła, że on jeszcze istnieje.

Stanął przy łóżku z torbą w ręku. Usta mu drżały.

— Cześć, mamo.

Ona patrzyła na niego długo. Potem przesunęła dłonią po kocu, jakby szukała czegoś, czego nie mogła znaleźć.

— A gdzie ja jestem? — zapytała cicho.

W tej jednej chwili cały jego „rozsądek” zrobił się cienki jak papier.

— W… w dobrym miejscu — powiedział. — Tu się tobą zajmą.

— Zajmą… — powtórzyła. — A ty?

Zrobiło mu się gorąco pod skórą.

— Ja… — zaczął, ale nie umiał dokończyć zdania.

Bo co miał powiedzieć? „Ja mam pracę”? „Ja mam życie”? „Ja nie śpię od miesięcy”? „Ja się boję, że cię znajdę rano zimną”? To wszystko było prawdą, a jednocześnie brzmiało jak usprawiedliwienie.

Matka patrzyła na niego i nagle się uśmiechnęła. Ten uśmiech był jak pęknięcie w ścianie.

— Nie jesteś zły — powiedziała niespodziewanie. — Tylko jesteś zmęczony.

To zdanie uderzyło go w brzuch. Bo ona… ona zawsze widziała więcej, niż mówiła. Nawet teraz, nawet w chorobie.

— Mamo… — wyszeptał i poczuł, że coś mu rośnie w gardle.

Ona wyciągnęła rękę, drżącą, chudą. Dotknęła jego nadgarstka.

— Ja nie chcę tu umierać — powiedziała nagle. Bez patosu. Bez krzyku. Tylko prosto, jak się mówi o pogodzie.

Świat na sekundę zniknął. Zostało tylko to zdanie.

— Nie mów tak — wyrwało mu się. — Nie mów…

— A gdzie jest mój dom? — jej głos zadrżał. — Gdzie jest mój stół? Moje okno?

On poczuł, jak mu się pod nogami zapada podłoga.

Widział w wyobraźni jej kuchnię: ten stół z ceratą w jabłka, za którym jadł kanapki. Okno, w którym stały pelargonie. Krzesło, na którym siadała wieczorem i rozplatała włosy, kiedy myślała, że nikt nie widzi. Wszystko to stało teraz puste. A on stał tutaj, w pokoju, gdzie nie było nic „jej”. Tylko rzeczy „domu opieki”.

Wyciągnął z torby sweter.

— Przywiozłem ci… — powiedział. — Żeby ci było cieplej.

Matka popatrzyła na sweter, jakby to był dowód miłości. Albo dowód winy. Trudno było rozróżnić.

— Widzisz — wyszeptała. — Ty zawsze byłeś dobry chłopiec.

Nie wytrzymał. Łzy napłynęły mu do oczu tak szybko, że aż się przestraszył. On nie płakał od lat. On miał w sobie tę męską, twardą zasadę: trzeba być silnym. Ale teraz ta zasada nie miała sensu.

Odwrócił się, udając, że poprawia kurtkę. Wciągnął powietrze. Przełknął. Zrobił wszystko, żeby nie rozpłakać się przy niej.

Bo bał się, że jeśli pokaże jej łzy, ona pomyśli, że zrobił coś niewybaczalnego.

A może bał się bardziej, że ona nie pomyśli nic — że po prostu przyjmie to jak kolejną rzecz, jaką musi unieść.

— Przyjdziesz jutro? — zapytała nagle.

To było proste pytanie, zadane głosem dziecka.

On nie odpowiedział od razu. Bo wiedział, że jutro może nie dać rady. Że jutro może znów włączyć się życie: praca, rachunki, zmęczenie. I że każdy dzień, w którym nie przyjdzie, będzie kolejną cegłą w murze.

— Przyjdę — powiedział w końcu, cicho.

Matka skinęła głową, jakby zapisała to w sobie.

— Nie zostawiaj mnie na długo — wyszeptała.

Te słowa były jak nóż, ale taki, który nie tnie gwałtownie. Tnie powoli. Zostawia ból na później.

Wyszedł z pokoju po dziesięciu minutach, choć wydawało mu się, że minęły godziny. Korytarz był taki sam jak wcześniej, tylko on był inny. W recepcji ktoś się śmiał, pielęgniarka rozmawiała o dyżurze, telewizor grał dalej. Świat się nie zatrzymał, choć jemu w środku wszystko stanęło.

Na zewnątrz uderzył go chłód. Powietrze było ostre, czyste. Takie, które normalnie daje ulgę. Dziś tylko przypominało, że oddycha, a ona została tam, w środku.

Zszedł po schodkach i stanął na chodniku. Przed domem opieki była ławka. Zwykła, drewniana, trochę obdarta. Usiadł, jakby nagle zabrakło mu kości.

Patrzył przed siebie. Na drzewa. Na płot. Na okna, za którymi świeciły żółte światła.

Przez chwilę trzymał się jeszcze. Mężczyźni przecież „trzymają się”. Przecież on miał plan, powody, argumenty. Przecież to była rozsądna decyzja.

A potem zobaczył to miejsce w jej oknie. To, przy którym w domu stały pelargonie. Tu stało tylko puste krzesło.

I wtedy coś w nim pękło.

Zgiął się, oparł łokcie na kolanach i zaczął płakać. Najpierw cicho, jakby wstydził się własnych łez. Potem coraz mocniej. Tak, że aż bolało w klatce piersiowej. Łzy spadały mu na dłonie i na rękawy kurtki, a on nawet ich nie wycierał. Nie miał już siły udawać, że jest twardy.

Płakał nie tylko dlatego, że ją oddał. Płakał, bo nagle zrozumiał, że choroba zabiera matkę kawałek po kawałku, a on chciał mieć kontrolę nad tym, jak to będzie wyglądać. Chciał wierzyć, że wystarczy „załatwić” opiekę i będzie dobrze.

A prawda była taka, że są rzeczy, których nie da się załatwić.

Miłości też się nie “organizuje”. Miłość się ponosi.

Siedział na tej ławce długo. Ludzie przechodzili obok i udawali, że go nie widzą. On też udawał, że ich nie widzi. Był tylko on, jego płacz i to zdanie matki, które wracało jak echo:

Nie zostawiaj mnie na długo.

W końcu wytarł twarz rękawem, wstał i spojrzał jeszcze raz na budynek. W kieszeni czuł ciężar kluczy do jej mieszkania — tych, które teraz otwierały puste drzwi.

I wtedy, po raz pierwszy od dawna, nie pomyślał o tym, co „musi” i co „powinien”.

Pomyślał tylko:

Jutro przyjdę. I pojutrze też. I będę siedział obok, nawet jeśli nie będzie mnie poznawała. Bo jeśli już nie mogę dać jej domu, to chociaż nie dam jej samotności.

I z tą myślą poszedł do auta, wciąż z mokrymi policzkami, jak człowiek, który dopiero teraz zrozumiał, że czasem największa kara nie jest w decyzji.

Największa kara jest w chwili, kiedy widzisz, co ta decyzja robi z kimś, kogo kochasz.

To też może cię zainteresować: Lekarz z Polski opowiedział o chwilach po drugiej stronie. Jego słowa poruszają

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Sławomir Mentzen pokazał, jak spędza sylwestra. Ten widok robi wrażenie