To była rola, którą znałam na pamięć. Uśmiech przy gościach, obiad na czas, wyprasowane koszule, ciche „dobranoc” szeptane do pleców człowieka, którego twarz znałam coraz mniej. Tylko oczy miał wciąż te same – teraz już nie dla mnie.

Pierwszy raz dowiedziałam się o niej zupełnie przypadkiem.

W jego koszuli znalazłam paragon z hotelu. Nie z tych, co są przy autostradzie, na szybką kawę i toaletę. Hotel w centrum miasta, w którym od dawna nie mieliśmy za co jeść, a tu ktoś płaci za „pokój dwuosobowy z kolacją”.

Z początku, jak idiotka, szukałam w głowie usprawiedliwień.

„Może służbowe spotkanie. Może pomyłka. Może kolega poprosił na fakturę”.

Wieczorem podałam mu kolację jak zawsze. Makaron, który kiedyś był jego ulubiony.

– Jak w pracy? – zapytałam, starannie omijając wzrokiem jego kieszeń.

– Normalnie – mruknął. – Ciężko.

Położył telefon na stole ekranem do spodu. Jakby bał się, że światło wiadomości wypali mi oczy.

Prawda przyszła kilka dni później, brutalnie i bez litości.

Siedział w łazience pod prysznicem, a jego telefon zawibrował. Ekran zaświecił się jak wyrzut sumienia.

„Tęsknię za tobą, mój wilku. Ona już śpi? 😘”

Serce mi stanęło. Palce zesztywniały. W sekundzie zrobiło mi się niedobrze, jakby ktoś wlał we mnie wrzątek.

Ona. Ja. On – wilk.

Krew szumiała mi w uszach, kiedy wchodził z powrotem do kuchni, wycierając włosy ręcznikiem.

– Coś się stało? – zapytał, widząc moją twarz.

Telefon leżał na stole. Odwrócony ekranem do góry.

Patrzył na niego, potem na mnie. Zrozumiał.

– Grzebiesz mi w telefonie? – rzucił ostro. – Serio?

Zaśmiałam się. Tak sucho, obco, że sama się przestraszyłam.

– Wiesz, najbardziej mnie ciekawi – powiedziałam spokojnie – o której godzinie przestaję być „żoną”, a zaczynam być „tą, która śpi”, gdy wilk idzie do swojej owcy.

Zrobił się blady.

– To nie tak – zaczął.

Zawsze „to nie tak”. Zawsze „ty przesadzasz”.

Tego wieczoru mówił dużo – że to kryzys, że „każdy facet ma prawo się pogubić”, że „to nic nie znaczy”, że „to tylko seks, tylko emocje”. Ja milczałam. Słowa odbijały się ode mnie jak piłki od ściany.

Nie odeszłam.

Wiem, jak to brzmi. Zdrada, upokorzenie, wiadomości w telefonie, kłamstwa – a ja następnego dnia wstałam, włączyłam pralkę, ugotowałam obiad.

Nie dlatego, że mi nie zależało. Właśnie dlatego, że zależało za bardzo.

– Dla dzieci – tłumaczyłam się koleżance. – Dla domu. Dla pozorów. Dla czegokolwiek, co przypomina normalność.

A tak naprawdę bałam się, że bez tej roli żony idealnej nie zostanie ze mnie nic. Bo tyle lat uczyłam się, jak być „dobrą żoną”, że zapomniałam, jak być sobą.

Prasowałam mu koszule, wiedząc, że jedna z nich poleci na randkę z nią. Gotowałam jego ulubione potrawy, wiedząc, że po drodze wstąpi z nią na sushi. Pytałam, czy nie jest zmęczony, chociaż wiedziałam, że „zmęczony” wraca z niej, nie ze mnie.

Wieczorami, kiedy brał prysznic, patrzyłam na jego pianę do golenia i myślałam, jak prosto byłoby podmienić ją na coś, co zostawia ślady. Żel pod prysznic na wybielacz. Krem na coś żrącego. Tylko na chwilę, tylko na sekundę, tylko żeby poczuł choć odrobinę mojego bólu na własnej skórze.

Potem odkładałam tę myśl z obrzydzeniem do samej siebie.

Nie jestem morderczynią. Jestem tylko kobietą, która w nocy gryzie poduszkę, żeby nie krzyczeć.

Jej twarzy długo nie znałam. Była numerem w telefonie, podpisanym imieniem, którego nienawidziłam od tamtej chwili. Była szminką na jego koszuli, perfumami w jego aucie, potajemnym uśmiechem, gdy czytał wiadomość.

– Mógłbyś chociaż… – zaczęłam któregoś dnia. – Przestań. Albo wyjdź. Ale nie każ mi być statystką w tym przedstawieniu.

Wzruszył ramionami.

– Nie komplikuj – mruknął. – Jakbym chciał odejść, to bym odszedł. Ty jesteś żoną. Ona… to coś innego.

Myślał, że to komplement. Że powiedzenie mi: „Ty jesteś bazą, ona dodatkiem” jakoś mnie pocieszy.

Nie pocieszyło.

Zaczęłam o niej myśleć obsesyjnie. Jak wygląda. Czy jest młodsza. Czy ma lepsze ciało. Czy śmieje się głośniej. Czy też gra rolę – tylko inną: kochanki idealnej, tej, która nie pyta o rachunki, o śmieci, o dziecko z gorączką.

Marzyłam, że pewnego dnia los zabierze jej wszystko, co teraz ma. Że ktoś ją zdradzi tak, jak ona pomaga zdradzać mnie. Że będzie siedzieć w łazience na podłodze, z telefonem w ręku, z sercem w strzępach, i pomyśli: „Boże, jak to boli”.

Tak, chciałam, żeby zapłaciła za każdą moją łzę. Nie udaję szlachetnej. W środku byłam pełna brudu.

Najgorszy był dzień, kiedy zobaczyłam ją pierwszy raz.

Wyszłam z pracy wcześniej, bo bolała mnie głowa. Na przystanku zobaczyłam jego samochód. Stał pod kawiarnią. Pomyślałam: „klient”. „Służbowe spotkanie”. „Zbieg okoliczności”.

Potem zobaczyłam, jak wychodzi. Z nią.

Trzymali się za ręce. Był lżejszy, bardziej swobodny, innym człowiekiem. Ona zarzuciła mu ręce na szyję, pocałowała go na środku chodnika. Ludzie mijali ich obojętnie. Nikt nie wiedział, że patrzą właśnie na cudze małżeństwo rozrywane na strzępy.

Schowałam się za przystankiem jak tchórz. Patrzyłam, jak odjeżdżają. Jak mój mąż odjeżdża z mojej roli żony idealnej, z mojego domu, mojego życia – prosto w coś, co uznał za lepsze.

Tego wieczoru, kiedy wrócił, zagrałam tę rolę jeszcze raz.

– Kolacja w piekarniku – powiedziałam spokojnie. – Jak było?

– Ciężki dzień – westchnął. – Jestem padnięty.

Patrzył mi w oczy i kłamał jak z nut. A ja patrzyłam i milczałam, bo inaczej bym krzyczała.

Nie powiem, że następnego dnia go wyrzuciłam. Nie powiem, że spaliłam mu rzeczy, że zrobiłam scenę w miejscu publicznym. Prawdziwy dramat rzadko wygląda jak film.

Zaczęło się od czegoś innego: przestałam go bronić w swojej głowie.

Przestałam mówić: „To przez kryzys wieku średniego”, „ona go omamiła”, „facet tak ma”. Zrozumiałam, że ona jest winna, ale on też. Że ona zapłaci kiedyś za to, co robi, ale to nie będzie moja zemsta – to będzie jej życie.

Moja zemsta okazała się prostsza: zdjęłam z siebie rolę żony idealnej.

Przestałam prasować mu koszule. Przestałam gotować pod jego dyktando. Przestałam udawać, że jestem ślepa. I pewnego dnia, kiedy wrócił „zmęczony”, z walającym się w aucie paragonem z tej samej kawiarni, na spokojnie powiedziałam:

– Wiesz, co jest zabawne? Że tak się bałam, że bez ciebie nie będę potrafiła żyć. A od kiedy wiem o niej, jedyne, czego się boję, to że zostanę w tym wszystkim jeszcze rok.

Zamarł.

– Co ty… sugerujesz? – spytał.

– Że jeszcze trochę, a zamiast marzyć, by ona zapłaciła za moje łzy – po prostu przestanę przez was dwoje płakać. – Uśmiechnęłam się smutno. – Bez ciebie.

I pierwszy raz zobaczyłam strach w jego oczach. Nie wtedy, gdy go przyłapałam. Nie wtedy, gdy kłamał. Dopiero wtedy, gdy zrozumiał, że jego idealna żona zdejmuje kostium – i odchodzi ze sceny, zostawiając jego i jego kochankę samych w świetle reflektorów.

To też może cię zainteresować: Tyle wzrosną emerytury od marca 2026. Konkrety z wyliczeń ZUS

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Wspólne mieszkanie z synową było udręką": Postawiłem sprawę jasno: młodzi mają szanować zasady domu albo wynieść się na swoje