Kiedyś myślałem, że najtrudniejszy okres w życiu rodzica to bunt nastolatka. Śmiech na sali. Prawdziwe piekło zaczęło się wtedy, gdy mój dorosły syn przyszedł i powiedział:
– Mamo, na razie nie damy rady z kredytem. Wprowadzimy się do ciebie. Tylko na jakiś czas.
Za nim stała ona. Uśmiechnięta, z idealnie pomalowanymi ustami, w butach na obcasie, które stukały po moich starych panelach. Pomyślałam wtedy: „Damy radę. Przecież to rodzina. Jakoś się dogadamy”.
Nie dogadaliśmy się.
Na początku było nawet miło. Przywiozła ciasto, zaproponowała pomoc w sprzątaniu.
– Niech się pani nie martwi, nie będę przeszkadzać – powiedziała słodko. – Będę się zachowywać, jakby mnie nie było.
Tylko że wkrótce było tak, jakby to mnie nie było.
Pierwszy zgrzyt przyszedł szybko. Weszłam rano do kuchni, jak zwykle o szóstej, zrobić kawę przed pracą. Zastałam ją, jak stoi przy blacie i odkłada moje kubki do szafki… według swojego porządku.
– Kochana, ja mam już swój system – powiedziałam łagodnie. – Kubki trzymam w tej szafce.
Spojrzała na mnie, jakbym jej właśnie wyrwała dziecko z rąk.
– Serio? – prychnęła. – Przecież tak jest nielogicznie. U mnie zawsze kubki stoją przy zlewie. No ale jak pani chce… w pani domu.
To „w pani domu” zabrzmiało jak policzek. Jakby chciała powiedzieć: „na razie”.
Potem zaczęły się drobne zmiany. Jej kosmetyki w mojej łazience. Jej przyprawy w mojej kuchni. Jej koc na mojej kanapie.
– Żeby było przytulniej – tłumaczyła.
Dla kogo?
Najgorzej znosiłam to, jak mówiła do mojego syna.
– Bartek, nie siadaj na tym fotelu, on jest stary i się zaraz rozleci.
– Bartek, powiedz mamie, żeby nie wchodziła do naszego pokoju bez pukania.
– Bartek, nie lubię, jak ktoś grzebie mi w rzeczach – a za „grzebanie” uważała to, że przestawiłam jej torbę z łóżka na krzesło, żeby zmienić pościel.
Patrzyłam na niego, jak kurczy się między nami jak dziecko w środku kłótni rodziców.
– Mamo, postaraj się – prosił. – Ona jest wrażliwa. Nie jest przyzwyczajona do takich… zasad.
„Takich zasad” – to znaczy do tego, że w domu się pomaga, że się odkłada po sobie, że mówi się „dzień dobry” i „dziękuję”.
Bo tego też nie było.
Wracałam z pracy, siatki w rękach, a ona siedziała na kanapie z laptopem.
– O, przyszła pani – rzucała. – Dobrze, że jest pani, bo pranie się skończyło, trzeba rozwiesić, a ja mam ważny call.
„Pani”. Nawet nie „mamo”, choć ją o to nie prosiłam. Wiedziałam, że trzeba czasu. Ale w jej ustach „pani” brzmiało jak „sprzątaczka”.
Najbardziej bolało mnie, jak rozstawiała mnie po kątach we własnej kuchni.
– Niech pani nie daje Bartkowi tyle soli, on ma problemy z ciśnieniem.
– Ale ja go tak karmiłam trzydzieści lat – odparłam ostrożnie.
– No właśnie – spojrzała znacząco. – I dlatego teraz ma ciśnienie.
Albo:
– Nie pieczmy tak często ciasta, bo Bartek tyje. Potem ja muszę słuchać narzekania.
„Ja muszę słuchać”.
Jakby mój syn nie miał własnej woli, tylko był czymś, co się ustawia, przestawia i wyszczupla.
Zaczęłam się czuć jak intruz w domu, który spłacałam sama przez lata. Bałam się własnego kroku po korytarzu, żeby nie usłyszeć:
– O, znowu trzaska. U mnie w domu się tak nie chodzi.
Pewnego dnia, gdy weszłam bez pukania do kuchni, usłyszałam, jak mówi do Bartka:
– Widzisz? Mówiłam ci. Zero prywatności. Jak w komunie. My musimy stąd jak najszybciej uciec.
Zatrzymałam się w progu. Stanęłam z tym mlekiem w ręku jak słup soli.
– Jak ci się nie podoba, to nikt was tu na siłę nie trzyma – powiedziałam spokojnie, choć głos mi drżał.
Odwróciła się. Zobaczyłam w jej oczach nie wstyd, nie zakłopotanie. Złość.
– No tak – prychnęła. – Jak się człowiek wprowadzi do teściowej, to zawsze jest intruzem. Ale jakbyśmy chcieli iść na swoje, to zaraz będzie, że jesteśmy niewdzięczni.
Tej nocy nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, słuchając ich śmiechów za ścianą. Śmiali się z filmów, z memów, z czegoś tam. Ja leżałam i myślałam o tym, jak kiedyś wyobrażałam sobie starość: niedzielny obiad z dziećmi, zapach rosołu, wnuki biegające po ogrodzie. A nie to napięcie, które można było kroić nożem.
Rano, kiedy zeszłam na dół, zastałam ją w moim ulubionym fotelu.
Nogi na stoliku. Kubek po kawie – bez podstawki, mokra plama na drewnie.
– Dzień dobry – powiedziałam.
– Dzień dobry – rzuciła, nie odrywając wzroku od telefonu.
Spojrzałam na stolik, na jej nogi, na moje spracowane ręce.
Coś we mnie pękło.
Wieczorem poprosiłam Bartka, żeby został w kuchni.
– Porozmawiamy – oznajmiłam. – W trójkę.
Usiadłam. Ręce mi się trzęsły, ale serce miałam dziwnie spokojne.
– Słuchajcie – zaczęłam. – Miałam nadzieję, że jakoś się dogadamy. Ale nie będę udawać, że jest dobrze, jak dobrze nie jest.
Synowa przewróciła oczami.
– Zaczyna się – mruknęła.
Spojrzałam na nią.
– To jest mój dom – powiedziałam. – Mój. Każda cegła, każdy mebel, każda rysa na tej podłodze jest z mojego życia. Wpuściłam was tu z sercem. Ale nie po to, żeby mnie obrażano za plecami, robiąc ze mnie komunistycznego dozorcę.
Spąsowiała.
– Nikt pani nie obraża…
– Słyszałam wszystko – przerwałam. – Słyszałam, że chcecie stąd „uciec”, że nie macie prywatności, że wszystko jest złe. Dobrze. Macie prawo żyć, jak chcecie. Ale nie pod warunkiem, że ja mam chodzić po własnym domu na palcach.
Spojrzałam na Bartka. Widziałam, jak się spina, jak szuka słów.
– Mamo, no… Przesadzasz. Zawsze byłaś za wrażliwa… – zaczął.
– Nie – ucięłam. – Całe życie byłam uległa. Ale nie będę już. Macie dwie opcje. Albo w tym domu obowiązują moje zasady i wzajemny szacunek. Albo pakujecie się i idziecie na swoje. Choćby na wynajem, choćby do kawalerki. Jesteście dorośli. Czas się nauczyć żyć jak dorośli, nie jak nastolatki na przedłużonym utrzymaniu.
Zapadła cisza.
– To szantaż emocjonalny – syknęła synowa. – Wspaniale. Klasyczna teściowa.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Nie. To granica – odpowiedziałam. – Pierwsza, jaką postawiłam od wielu lat.
Nie wiem, jak to się skończy. Może naprawdę się wyprowadzą. Może na jakiś czas zerwiemy kontakt. Może będę tu siedziała sama przy tym kuchennym stole, słuchając własnego oddechu.
Ale wiem jedno: prędzej zniosę samotność niż to, że we własnym domu jestem jak nieproszona lokatorka.
Życie pod jednym dachem z synową okazało się koszmarem. Wreszcie powiedziałam „dość”. Młodzi mają się słuchać zasad domu, w którym mieszkają – albo spakować walizki i spróbować życia bez tej „kiepskiej, starej teściowej”, która ośmieliła się upomnieć o szacunek.
To też może cię zainteresować: Andrzej Duda dostał pierwszą prezydencką emeryturę. Ujawnił, ile wpływa na konto
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: ZUS zmienia daty wypłat. Tak emeryci dostaną pieniądze przed Bożym Narodzeniem