Nie złe. Nie tragiczne. Po prostu… bez smaku.
Wyszłam za mąż z rozsądku. Marek był stabilny, spokojny, przewidywalny. Miał stałą pracę, kredytową zdolność i plan na pięć lat do przodu. Moi rodzice mówili, że to dobry wybór.
– Miłość przyjdzie z czasem – powtarzała mama.
Czekałam.
Ślub był skromny. Bez fajerwerków. Bez łez wzruszenia. Uśmiechałam się do zdjęć, jakby ktoś nacisnął przycisk „właściwa reakcja”.
Rok później urodził się syn. Zdrowy, śliczny, spokojny. Powinnam była czuć eksplozję szczęścia.
Czułam zmęczenie.
Karmiłam, przewijałam, usypiałam. Dni zlewały się w jedną, szarą masę. Marek wracał z pracy, jadł obiad, oglądał wiadomości.
– Wszystko w porządku? – pytał czasem.
– Tak – odpowiadałam automatycznie.
Bo co miałam powiedzieć? Że nie czuję nic? Że patrzę w lustro i widzę kobietę, która wykonuje swoje obowiązki jak pracownik na etacie?
Przez lata byłam poprawna. Dobra żona. Dobra matka. Zorganizowana. Odpowiedzialna.
Ale w środku było pusto.
Aż do tamtego dnia.
Syn miał wtedy siedem lat. Zabrałam go do parku. Huśtał się, śmiał, krzyczał, żebym patrzyła. Patrzyłam – jak zawsze.
I wtedy zobaczyłam jego.
Stał przy ławce z córką mniej więcej w wieku mojego syna. Uśmiechał się do niej tak, jakby była całym światem.
Nasze spojrzenia spotkały się przypadkiem.
Nie wiem, co to było. Iskra? Wstrząs? Uświadomienie?
Pierwszy raz od lat poczułam coś intensywnego. Żywego. Niekontrolowanego.
Zaczęliśmy rozmawiać przy okazji kolejnych wizyt w parku. O dzieciach. O pracy. O zmęczeniu codziennością.
– Masz kiedyś wrażenie, że żyjesz obok siebie? – zapytał.
Zamarłam.
To było dokładnie to, czego nie potrafiłam nazwać.
Nie dotknął mnie. Nie przekroczył granicy. A jednak coś we mnie pękło.
Wracałam do domu i wszystko wydawało się jeszcze bardziej wyblakłe. Mąż przy stole. Obiad. Cisza.
– Coś się stało? – zapytał któregoś wieczoru.
– Nie – odpowiedziałam, choć w środku krzyczałam.
Zaczęłam się bać samej siebie. Myśli. Pragnień. Tęsknoty za czymś, czego nigdy nie miałam.
Pewnego dnia w parku nie było go. Następnego też.
Zrozumiałam wtedy, że to nie on był najważniejszy.
Najważniejsze było to, że przez chwilę poczułam smak życia.
I że nie mogę już wrócić do bezbarwnej wersji siebie.
Tamtego wieczoru usiadłam naprzeciwko męża.
– Nie jestem szczęśliwa – powiedziałam pierwszy raz w życiu na głos.
Spojrzał na mnie tak, jakby ktoś wyjął cegłę z fundamentów naszego domu.
– Przecież mamy wszystko – odparł.
Właśnie.
Mieliśmy wszystko. Oprócz mnie.
Nie wiem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ta prawda. Nie wiem, czy odejdę. Czy spróbuję ratować coś, co nigdy naprawdę nie żyło.
Wiem tylko jedno.
Moje życie przez lata nie miało smaku.
Aż do dnia, w którym poczułam, że wciąż potrafię czuć.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Zostałam sama z dzieckiem i dwoma etatami": Syn ma 30 lat i wciąż go utrzymuję
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: "Familiada" znów pod ostrzałem widzów. W centrum krytyki Karol Strasburger