Biała sukienka, małe buciki, świeca owinięta koronką. Moja córka spała spokojnie, jakby nie wiedziała, że za chwilę świat dorosłych pokaże jej swoje najgorsze oblicze.
Zaprosiłam wszystkich. Nawet jego.
Mój tata od trzech lat „układał sobie życie na nowo”. Tak to nazywał. Mama mówiła krócej: zdrada. Rozpad. Wstyd.
Przez długi czas nie potrafiłam mu wybaczyć, ale kiedy urodziła się moja córka, pomyślałam, że nie chcę, by dorastała w cieniu rodzinnej wojny. Chciałam, żeby miała dziadka.
W kościele usiadł w trzeciej ławce. Nie sam.
Zobaczyłam ją od razu. Wysokie obcasy, jasna sukienka, pewność siebie osoby, która nie czuje się intruzem. Usiadła obok niego, jakby miała do tego pełne prawo.
Moja mama siedziała po drugiej stronie nawy. Zobaczyła ich chwilę później.
Jej twarz stężała.
Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Chciałam podejść, coś powiedzieć, cokolwiek. Ale stałam jak sparaliżowana, z dzieckiem na rękach.
Ksiądz zaczął ceremonię. Słowa o miłości, odpowiedzialności, rodzinie brzmiały jak ironia. Mój tata patrzył przed siebie, jakby nic się nie działo. Jego kochanka poprawiała włosy i szeptała mu coś do ucha.
Mama nie uroniła ani jednej łzy. To było najgorsze. Siedziała prosto, zaciśnięte dłonie zdradzały tylko napięcie.
Po mszy wszyscy przeszli do sali. Stoły zastawione, tort z napisem „Chrzest Święty Zosi”. Goście próbowali udawać, że atmosfera nie jest gęsta jak dym.
Tata podszedł pierwszy.
– Gratuluję – powiedział, całując wnuczkę w czoło.
Za nim stała ona.
– To zaszczyt być dziś tutaj – odezwała się, wyciągając rękę w moją stronę.
Nie potrafiłam jej uścisnąć. Patrzyłam na nią, a w głowie miałam tylko obraz mojej mamy, która przez trzydzieści lat była żoną mojego ojca.
– To chrzciny mojej córki – wydusiłam w końcu. – Nie wasze wyjście do restauracji.
Zapadła cisza.
Tata spojrzał na mnie z wyrzutem.
– To moje życie – powiedział chłodno. – Mam prawo być szczęśliwy.
– A mama? – zapytałam.
Nie odpowiedział.
Wtedy zobaczyłam, że moja mama wstaje od stołu. Podeszła powoli, spokojnie. Spojrzała najpierw na mnie, potem na niego.
– Nie psuj jej tego dnia – powiedziała cicho. – Wystarczająco już popsułeś moje życie.
To było jak policzek. Nie krzyk, nie awantura. Tylko zdanie, które zawisło nad nami wszystkimi.
Tata odsunął krzesło. Kochanka złapała go za rękę.
Wyszli.
Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem, ale w mojej głowie brzmiało to jak huk.
Usiadłam i rozpłakałam się po raz pierwszy tego dnia. Nie dlatego, że przyszedł z nią. Ale dlatego, że zrozumiałam, jak bardzo oderwał się od nas wszystkich.
Chrzciny miały być początkiem.
Stały się symbolem końca.
Moja córka spała spokojnie w ramionach babci. I tylko to dawało mi nadzieję, że może jej dzieciństwo będzie czystsze niż nasze dorosłe relacje.
To też może cię zainteresować: Waloryzacja namiesza w 500 plus. Tyle wyniosą wypłaty od marca
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Ostatnie pożegnanie Edwarda Linde-Lubaszenko. Tak Trzaskowski pożegnał wybitnego aktora.