Przez czterdzieści lat naszego małżeństwa uważałam go za wzór cnót – rzetelny urzędnik, kochający mąż, człowiek, który nigdy nie podniósł głosu. Kiedy zmarł nagle na serce, myślałam, że mój świat się zawalił. Zostałam sama w naszym dużym domu, otoczona wspomnieniami o człowieku, który wydawał mi się kryształowy.

Tydzień po pogrzebie postanowiłam posprzątać w jego gabinecie. Henryk zawsze powtarzał, że to jego azyl, miejsce, gdzie trzyma „papiery z dawnych lat”. Przesuwając ciężką, dębową biblioteczkę, zauważyłam, że jedna z desek parkietu jest obluzowana. Podważyłam ją nożem i wtedy go zobaczyłam – mały, srebrny kluczyk przyklejony taśmą do spodu drewna.

Klucz pasował do metalowej kasetki ukrytej w najgłębszym kącie piwnicy, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Moje dłonie drżały, gdy otwierałam wieczko. Spodziewałam się starych listów miłosnych z czasów naszej młodości albo pamiątek po jego rodzicach. Zamiast tego znalazłam plik pożółkłych kopert adresowanych do „Henryka W.”. Wszystkie pochodziły z jednego miasta na drugim końcu Polski.

Wyciągnęłam pierwszy z brzegu list. Data: lipiec 1985 rok. Rok, w którym świętowaliśmy naszą piątą rocznicę i marzyliśmy o powiększeniu rodziny.

„Henryku, Tomek skończył właśnie trzy latka. Pyta o tatę. Wiem, że masz tamtejsze życie, ale obiecałeś, że nas nie zostawisz. Pieniądze dotarły, dziękuję. Kiedy znów przyjedziesz na delegację?”

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a w uszach zaczyna mi huczeć. Czytałam dalej, list po liście. Przez czterdzieści lat mój mąż, ten sam, który co wieczór jadał ze mną kolację i trzymał mnie za rękę w kinie, prowadził drugie życie.

Przypomniałam sobie wszystkie jego „wyjazdy służbowe”, „szkolenia w ministerstwie” i „konferencje”, z których zawsze wracał z prezentem i uśmiechem na ustach. Podczas gdy ja martwiłam się, że zbyt ciężko pracuje, on spędzał czas z kobietą, którą nazywał swoją „prawdziwą przystanią”, i synem, o którego istnieniu nigdy mi nie wspomniał.

W kasetce znalazłam też zdjęcie. Henryk, znacznie młodszy, trzymający na rękach małego chłopca o identycznych oczach jak on sam. Wyglądali na szczęśliwych. Na odwrocie widniał napis: „Dla taty – Twój jedyny syn”.

To zabolało najbardziej. My nigdy nie doczekaliśmy się dzieci. Przez lata Henryk pocieszał mnie, mówiąc, że „taka wola boska” i że „wystarczymy sobie nawzajem”. Nie powiedział mi, że swoje ojcostwo realizuje setki kilometrów stąd, za moje plecy wyrzucając nasze szanse na adopcję czy leczenie.

Siedziałam na podłodze w zimnej piwnicy, trzymając w rękach dowody czterdziestu lat oszustwa. Miałam ochotę iść na cmentarz i wykrzyczeć mu w twarz ten cały ból, ale Henryk już nie mógł mi odpowiedzieć. Zostawił mnie z tą prawdą samą, w domu, który nagle wydał mi się obcym miejscem.

Znalazłam w papierach numer telefonu. Zadzwoniłam. Odebrał dojrzały męski głos.

— Słucham? — powiedział mężczyzna, a ja zamarłam, bo brzmiał dokładnie tak jak mój mąż w wieku trzydziestu lat.

— Czy mówię z Tomaszem? — wykrztusiłam. — Nazywam się Teresa. Byłam... byłam żoną Henryka.

Zapadła długa, ciężka cisza.

— Ach, więc to pani — odpowiedział w końcu, a w jego głosie nie było nienawiści, tylko smutek. — Myśleliśmy, że pan nigdy się nie odważy nam o pani powiedzieć. Mama czekała na ten telefon całe życie.

Okazało się, że tamta kobieta też żyła w cieniu, wierząc, że Henryk „kiedyś sfinalizuje rozwód”, którego nigdy nawet nie zaczął. Obie zostałyśmy oszukane przez tego samego, „idealnego” człowieka.

Dziś patrzę na portret Henryka w salonie i nie widzę już bohatera. Widzę obcego człowieka, który zbudował nasze życie na fundamencie z piasku. Moja jesień życia, zamiast być czasem spokoju, stała się czasem rozliczeń.

To też może cię zainteresować: Zaskakujące doniesienia z Wielkiej Brytanii. Aresztowanie w rodzinie królewskiej

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: 19 lutego przyniesie wielkie zmiany. Pięć znaków zodiaku wchodzi w nową erę