Moja sąsiadka, pani Maria, wpadła „tylko na chwilę”, by pożyczyć cukier. Znałyśmy się od lat – wspólne narzekanie na czynsz, wymiana przepisów na ciasta. Zawsze uważałam ją za życzliwą, choć nieco nazbyt ciekawską osobę.

Siedziałyśmy w kuchni. Mój mąż, Robert, rano wyszedł do pracy, czule całując mnie w czoło. Właśnie zaczęłam opowiadać o naszych planach na srebrne wesele, o tym, jak bardzo jestem wdzięczna losowi za tak stabilne, wierne małżeństwo.

Wtedy pani Maria odstawiła filiżankę z głośnym brzękiem. Jej wzrok, wcześniej rozbiegany, nagle spoczął na mnie z mieszanką politowania i niezrozumiałego okrucieństwa.

– Daj spokój, Janino – zaczęła, a jej głos stał się dziwnie szorstki. – Myślisz, że my tu wszyscy jesteśmy ślepi? Że te „konferencje” Roberta i „późne powroty z biura” kogoś oszukują?

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Zaśmiałam się nerwowo, próbując obrócić to w żart, ale ona nie odpuszczała.

– „Ale on od lat sypia z kobietami, myśleliśmy, że się opamięta! Ale nie!” – wyrzuciła z siebie, jakby pękła w niej tama. – Cały blok widział go z tą rudą z trzeciej klatki, potem z tą młodą, co wynajmowała u Kowalskich. Wszyscy o tym wiedzą, Janino. Na targu, w kolejce po chleb, pod kościołem... Tylko ty jedna udawałaś, że wszystko jest w porządku. Myśleliśmy, że macie taki układ, ale widzę, że ty naprawdę jesteś po prostu... naiwna.

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Każde miłe „dzień dobry” od sąsiadów, każdy uśmiech ekspedientki w osiedlowym sklepie, każda rozmowa na podwórku – wszystko to w ułamku sekundy nabrało innego znaczenia. To nie była uprzejmość. To była litość zmieszana z pogardą dla kobiety, która jako jedyna nie wiedziała, że jej życie jest publicznym widowiskiem.

– Wszyscy? – wykrztusiłam, czując, jak gardło zaciska mi się w bolesnym skurczu.

– Wszyscy – potwierdziła pani Maria, wstała i bez słowa „przepraszam” ruszyła do drzwi. – Po prostu nie mogłam już słuchać o tym waszym idealnym szczęściu. To aż niesmaczne, Janinko.

Zostałam sama w kuchni, która nagle stała się obca. Patrzyłam na nasze wspólne zdjęcia na ścianie. Na każdym z nich Robert wyglądał na zakochanego. Ile razy wracał do mnie prosto z ramion tamtych kobiet? Ile razy moi sąsiedzi widzieli go podjeżdżającego pod blok z kimś innym, a potem patrzyli, jak wnoszę siatki z zakupami, nucąc pod nosem?

Wstyd parzył mnie bardziej niż zdrada. Świadomość, że od lat byłam tematem rozmów przy niedzielnych obiadach w całym bloku, była nie do zniesienia. Robert nie tylko mnie zdradzał – on wystawił mnie na pośmiewisko, czyniąc ze mnie „tę biedną oszukaną żonę”, o której szepcze się za firanką.

Kiedy wieczorem usłyszałam klucz w zamku, nie płakałam. Siedziałam w ciemnościach, czując na sobie wzrok setek oczu z całego osiedla. Robert wszedł, uśmiechnięty, z kwiatami w ręku.

– Coś się stało, kochanie? Dlaczego siedzisz po ciemku? – zapytał tym swoim kojącym głosem.

– Zapal światło, Robert – powiedziałam cicho. – I tak już wszyscy wszystko widzą. Tylko ja jedna potrzebowałam, żeby sąsiadka pożyczyła cukier, żeby w końcu przejrzeć na oczy.

Nie było awantury. Było tylko poczucie ostatecznego upokorzenia, którego żadne przeprosiny nie mogły zmazać. Tego dnia zrozumiałam, że najstraszniejszą rzeczą w zdradzie nie jest złamane serce, ale litość w oczach ludzi, którym pozwoliłaś wierzyć, że jesteś szczęśliwa.

To też może cię zainteresować: Emerytura Adama Małysza ujawniona. Oto jaka kwota wpływa na konto mistrza

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Dziadek, babcia i mama zajęli kawalerkę": Mnie i córeczkę wyrzucono na margines: "Rób co chcesz"