Moja przyjaciółka otwierała swoją pierwszą autorską wystawę pod tytułem „Ulice Namiętności”. Eleganckie wnętrze galerii, zapach drogich perfum, szum rozmów i błyski fleszy. Mój mąż, Marek, nie mógł przyjść – mówił, że ma pilne spotkanie z zarządem, którego nie może przełożyć.
– Idź sama, kochanie, baw się dobrze. Jestem z niej taki dumny – powiedział rano, całując mnie w policzek. Wtedy jeszcze ten gest wydawał mi się czuły.
Spacerowałam między czarno-białymi fotografiami, podziwiając talent przyjaciółki. Zdjęcia przedstawiały pary uchwycone w momentach zapomnienia na tle miejskiej dżungli. Czułam lekkie ukłucie zazdrości, patrząc na te wszystkie emocje, których w moim małżeństwie było ostatnio jakby mniej.
Zatrzymałam się przy największej ramie na końcu sali. Zdjęcie było zatytułowane „Deszczowa Obietnica”. Przedstawiało parę skrytą pod czarnym parasolem w bocznej alejce starego miasta. Mężczyzna trzymał kobietę za kark w taki sposób, jakby od tego pocałunku zależało jego życie. Kobieta miała uniesioną nogę, a jej dłoń gubiła się w jego gęstych włosach.
Poczułam, jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę. Ten zegarek na nadgarstku mężczyzny... srebrny chronograf z grawerem na boku, który sama mu kupiłam na dziesiątą rocznicę. Ta kurtka z charakterystycznym kołnierzem, którą tak bardzo lubił.
Podeszłam bliżej, niemal dotykając nosem zimnej szyby. Światło z galerii odbiło się w ramie, ale nie zdołało rozmyć prawdy. To był Marek. Mój mąż, który w tej chwili miał siedzieć w szklanym biurowcu, całował tę kobietę z pasją, jakiej nie widziałam u niego od lat.
– Piękne, prawda? – usłyszałam za plecami głos przyjaciółki. – Zrobiłam je w zeszły wtorek, podczas tej wielkiej ulewy. Nie wiedzieli, że ich widzę. To była najczystsza forma emocji, jaką udało mi się uchwycić.
– W zeszły wtorek? – wychrypiałam, nie odrywając wzroku od zdjęcia. – Wtedy, gdy miał być na konferencji w Krakowie?
Przyjaciółka zamilkła. Dopiero teraz zauważyła moją bladą twarz i trzęsące się ręce.
– Ewa... o Boże. Ja nie wiedziałam. Marek mówił, że...
Nie słuchałam jej dalej. Patrzyłam na dowód zdrady oprawiony w ramy, wystawiony na widok publiczny, podziwiany przez tłumy. Ludzie szeptali o „pięknie miłości”, a ja patrzyłam na pogrzeb mojego życia. Moje małżeństwo stało się eksponatem w galerii ludzkich upadków.
Wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie zdjęciu. Wysłałam je Markowi z krótkim dopiskiem: „Wernisaż jest zachwycający. Szczególnie zdjęcie numer siedem. Nie wracaj dziś do domu, Twoja 'obietnica' właśnie stała się publiczna”.
Wyszłam z galerii wprost w deszcz, który tego wieczoru nie miał w sobie nic z romantyzmu. Był zimny i bezlitosny, dokładnie tak jak prawda, którą odkryłam na ścianie pełnej cudzych namiętności. Marek chciał ukryć swój romans w mroku alejek, ale sztuka wyciągnęła go na światło dzienne, zostawiając mnie z rozbitym sercem i jedną fotografią, która zastąpiła tysiąc słów kłamstwa.
To też może cię zainteresować: Wchodzą na posesje Polaków i sprawdzają jeden dokument. Kara nawet 5000 zł
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Spędzili ze sobą pół wieku. Tak Joanna Senyszyn mówiła o swoim ukochanym mężu