Moje dłonie, sękate i drżące, nieustannie wygładzają rąbek flanelowej koszuli. Na szafce nocnej stoi zdjęcie – młoda, uśmiechnięta dziewczyna z dyplomem w ręku. Moja wnuczka, Julka. Moja duma. Moja największa porażka.
Pięć lat temu sprzedałam wszystko. Mój dom z ogrodem, biżuterię po mamie, oszczędności gromadzone przez dekady pracy w szkole. Chciałam, żeby Julka miała "start". Kupiliśmy jej dwupokojowe mieszkanie w nowym budownictwie. Pamiętam ten dzień – płakała ze szczęścia, ściskała mnie i szeptała: „Babciu, jesteś aniołem. Nigdy cię nie zostawię, zawsze będziesz miała u mnie swój pokój”.
Wtedy wierzyłam, że kupuję nam wspólną przyszłość. Nie wiedziałam, że kupuję sobie bilet do samotności.
Zaczęło się od rzadszych telefonów. „Babciu, wiesz, remont”, „Babciu, praca, projekt, terminy”. Potem pokój, który miał być mój, stał się garderobą, a ja stałam się gościem, który „przeszkadza w nowoczesnym życiu”.
Kiedy rok temu upadłam w łazience i lekarze powiedzieli, że wymagam stałej opieki, Julka nie wahała się ani chwili.
– Babciu, tam będziesz miała rehabilitację, towarzystwo, fachową pomoc... Przecież ja pracuję, nie mogę się tobą zajmować w tym małym mieszkaniu – powiedziała, unikając mojego wzroku.
W tym samym mieszkaniu, za które zapłaciłam każdą złotówką mojego życia.
Dziś są moje 85. urodziny. Pielęgniarka rano przyniosła mi kawałek suchego ciasta i życzyła „dużo zdrowia”. Czekałam na telefon. Czekałam na dźwięk kroków na korytarzu. Patrzyłam w to okno, aż oczy zaczęły mnie piec od mrozu bijącego od szyby.
Wnuczka nie zadzwoniła. Nie przysłała nawet kartki. Na jej profilu w internecie, który pokazała mi jedna z młodszych opiekunek, widzę zdjęcia z egzotycznych wakacji. Uśmiecha się na tle palm, w nowym stroju kąpielowym, który pewnie kosztował tyle, co mój miesięczny pobyt w tym miejscu.
Ocieram łzę, która spływa po zmarszczce na policzku. Nie płaczę z powodu biedy – mam co jeść i gdzie spać. Płaczę, bo zrozumiałam najstraszniejszą prawdę: dla własnej wnuczki stałam się bankomatem, który przestał wydawać gotówkę. Gdy skończyły się pieniądze, skończyła się też „ukochana babcia”.
Zostałam zamknięta w czterech ścianach domu opieki, podczas gdy ona buduje swoje szczęście na fundamentach mojego poświęcenia. Najbardziej boli świadomość, że gdybym nie dała jej tego mieszkania, może wciąż musiałaby do mnie zaglądać, by prosić o pomoc. Dałam jej wolność, a ona wykorzystała ją, by uciec ode mnie jak najdalej.
Słońce powoli zachodzi za dębem. Kolejny rok życia za mną. Kolejny rok czekania na kogoś, kto już dawno o mnie zapomniał, bo mój „termin przydatności” minął wraz z podpisaniem aktu notarialnego.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Wyrzuciłam dzieci i wnuki z niedzielnego obiadu": Dosyć poświęcenia, pora zacząć żyć dla siebie
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Samolot z 55 pasażerami runął w wodę tuż po starcie! Oto co zrobił pilot