Moje zmęczenie nie miało znaczenia, liczyły się jej studia, jej kariera, jej nienaganny wygląd. Ale ostatni rok mnie złamał. Choroba kręgosłupa i przewlekłe wycieńczenie sprawiły, że z energicznej kobiety stałam się cieniem samej siebie. Częściej siedziałam w fotelu z termoforem, z nieułożonymi włosami, próbując po prostu przetrwać dzień.

Dziś rano Natalia wpadła do mnie „po drodze”. Stała w przedpokoju, elegancka, w idealnie dopasowanym płaszczu, pachnąca drogimi perfumami. Patrzyła, jak niezdarnie próbuję wstać z łóżka, by zaparzyć jej kawę. Jęknęłam z bólu, opierając się o framugę drzwi.

Nie podeszła, by podać mi rękę. Nie zapytała, jak się czuję. Patrzyła na mnie z tą swoją lodowatą, profesjonalną powagą, jakby analizowała błąd w arkuszu kalkulacyjnym.

Powiedziała tylko dwa zdania:

– Mamo, skoro ty już ciągle tylko chorujesz i nie masz siły na nic, to może powinnaś rozważyć jakiś ośrodek? Ja potrzebuję matki, która jest wsparciem, a nie kolejnym problemem do rozwiązania.

Zamarłam. To nie był foch nastolatki. To była spokojna, dorosła kalkulacja. Słowo „problem” przecięło powietrze jak brzytwa. Patrzyłam na tę kobietę, którą karmiłam, tuliłam do snu i której oddałam swoje najlepsze lata, a czułam się, jakbym stała przed obcym likwidatorem szkód.

Natalia nie żartowała. W jej świecie sukcesu nie ma miejsca na słabość. Rzeczy, które się psują, oddaje się do serwisu albo utylizuje. A ja, jej matka, właśnie przestałam być dla niej „użyteczna”.

– Natalia... jak możesz tak mówić? Jestem twoją matką, po prostu przechodzę przez trudny czas... – szepnęłam, czując, jak serce mi pęka.

– Bądźmy realistkami, mamo – odpowiedziała, poprawiając zegarek na nadgarstku. – Wszystko ma swój termin ważności. Twój jako aktywnej matki najwyraźniej minął, a ja nie mam czasu na bycie twoją opiekunką.

Wyszła, zostawiając po sobie jedynie zapach drogich perfum i echo swoich słów. Siedzę teraz na brzegu łóżka i boję się spojrzeć w lustro. Boję się, że zobaczę tam dokładnie to, co ona – kobietę, która została oceniona i odrzucona przez własne dziecko, bo przestała przynosić „korzyści”.

To przerażające, że wychowałam kogoś, dla kogo miłość jest warunkowa. Że dla mojej córki nie liczy się to, kim jestem, ale to, ile jeszcze mogę z siebie wykrzesać. Te dwa zdania uświadomiły mi najstraszniejszą prawdę: dla własnego dziecka stałam się tylko zbędnym balastem.

To też może cię zainteresować: Samolot LOT-u zawrócił w trakcie rejsu. Decyzja zapadła w powietrzu

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Wpuściłam syna z synową pod swój dach": Po miesiącu poczuli się tak pewnie, że zaczęli deptać moje zasady