Od dnia, w którym na świat przyszedł mały Jaś, moi teściowie – Grażyna i Janusz – zamiast zachwytu, mieli w oczach chłodną analizę. Szeptali w kątach, porównywali zdjęcia mojego męża z dzieciństwa do twarzy naszego synka i kręcili nosem.

Kulminacja nastąpiła podczas niedzielnego obiadu. Gdy odstawiałam wazę z zupą, Grażyna położyła na stole białą, sterylną kopertę.

– Magdo, Kamilu... musimy o czymś porozmawiać – zaczęła, a jej głos był sztywny jak wykrochmalony obrus. – Jaś jest uroczy, ale... nie widzimy w nim naszych genów. Ma ciemne oczy, a w naszej rodzinie od pokoleń wszyscy są niebieskoocy. Chcemy mieć pewność. Dla świętego spokoju, naszego i Kamila.

Mój mąż, Kamil, spuścił wzrok. Nie protestował. To zabolało mnie najbardziej.

W kopercie był zestaw do pobrania wymazu. Kazali mi potraktować własne dziecko jak dowód w sprawie o zdradę.

– Jeśli tego nie zrobicie, nie będziemy mogli traktować Jasia jako pełnoprawnego spadkobiercy – dodał teść, nie patrząc mi w oczy. – To tylko formalność, prawda Magda? Jeśli nie masz nic do ukrycia, to nie będzie problemu.

Czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. Spojrzałam na Kamila, błagając go wzrokiem, żeby wyrzucił ich z domu, żeby stanął w mojej obronie. On jednak tylko wymamrotał:


– Może faktycznie zróbmy to, Magda. Będą mieli z głowy i przestaną gadać.

Wzięłam ten patyczek i własnoręcznie pobrałam wymaz z policzka mojego synka. Robiłam to, płacząc z upokorzenia. Czułam się, jakby oskarżono mnie o najgorszą zbrodnię na oczach całej rodziny.

Dwa tygodnie później spotkaliśmy się ponownie. Teściowie przynieśli wynik – oficjalny dokument z laboratorium. Grażyna otwierała go z triumfalną miną, pewna, że zaraz udowodni swoją rację.

Zapadła cisza. Jej twarz powoli traciła kolory, a dłoń zaczęła drżeć.

– Prawdopodobieństwo ojcostwa: 99,9% – przeczytała szeptem. – Kamil... to twój syn.

Janusz odchrząknął, próbując obrócić to w żart.


– No, widzisz Magda? Teraz przynajmniej wszystko jest jasne. Możemy odetchnąć. To co, podasz herbatę?

Wstałam od stołu, ale nie poszłam do kuchni. Wzięłam Jasia na ręce i podeszłam do drzwi wejściowych.

– Nie będzie herbaty – powiedziałam głosem, którego sama nie poznawałam. – Ten test faktycznie wszystko wyjaśnił. Wyjaśnił mi, że nie jesteście dziadkami, tylko sędziami. Wyjaśnił mi też, że mój mąż nie potrafił zaufać matce swojego dziecka.

Spojrzałam na teściową, która próbowała podejść do wnuka.


– Nie dotykaj go. Skoro Jaś nie był dla was „pełnoprawny” bez papierka z laboratorium, to teraz ten papierek jest jedyną rzeczą, jaką z niego macie. Gratuluję, macie dowód DNA, ale straciliście rodzinę.

Wyszłam, zostawiając ich w tej luksusowej jadalni, w której nagle zrobiło się przeraźliwie pusto. Wiedziałam, że to nie koniec walki o moje małżeństwo, ale wiedziałam też jedno: godności mojego dziecka nie da się odkupić żadnym spadkiem.

To też może cię zainteresować: Samolot LOT-u zawrócił w trakcie rejsu. Decyzja zapadła w powietrzu

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Wpuściłam syna z synową pod swój dach": Po miesiącu poczuli się tak pewnie, że zaczęli deptać moje zasady