Lista gości była gotowa, dopięta na ostatni guzik. Nazwiska rodziny, przyjaciół, współpracowników — wszyscy tam byli. Wszyscy oprócz jednej osoby.
Babcia Helena.
— To musi być pomyłka — powiedział w końcu, bardziej do siebie niż do Anny.
Anna nawet nie podniosła wzroku znad laptopa. Jej palce stukały szybko, nerwowo, jakby uciekała przed rozmową, która i tak musiała nadejść.
— Adam, to nie pomyłka. Po prostu… nie wszystko da się pogodzić — odpowiedziała chłodno.
Te słowa zabolały go bardziej, niż chciałby się przyznać. Babcia Helena była dla niego kimś więcej niż rodziną. Po śmierci rodziców to ona go wychowała, nauczyła wiązać buty, piekła chleb w starym piecu i powtarzała, że człowiek bez korzeni łatwo się przewraca.
— Ona jest moją babcią — powiedział cicho. — Najważniejszą osobą w moim życiu.
Anna westchnęła, w końcu zamknęła laptopa i spojrzała na niego z czymś, co przypominało zniecierpliwienie.
— Właśnie dlatego powinniśmy porozmawiać. Pojedźmy do niej. Zrozumiesz.
Podróż na wieś była długa i milcząca. Im dalej od miasta, tym bardziej Adam czuł znajome ukłucie w sercu — zapach pól, stare drzewa, droga pamiętająca jego dzieciństwo. Gdy wysiedli z samochodu, babcia Helena już stała w progu domu, drobna, zgarbiona, ale z tym samym ciepłym uśmiechem.
— Adamku… — wyszeptała, obejmując go drżącymi rękami.
Anna stała z boku. Nie odwzajemniła uśmiechu. Jej spojrzenie było twarde, oceniające — jakby patrzyła nie na człowieka, lecz na przedmiot, który nie pasuje do wystroju.
W środku domu pachniało ziołami i starym drewnem. Babcia postawiła herbatę, zaczęła opowiadać, pytać, cieszyć się ich obecnością. Adam widział jednak to, czego wcześniej nie dostrzegał: sposób, w jaki Anna krzywiła się na obdrapane ściany, jak omiatała wzrokiem znoszone meble, jak z trudem kryła obrzydzenie, gdy babcia podała jej kubek z wyszczerbionym uchem.
— Ty naprawdę tak żyjesz? — zapytała nagle Anna, bez cienia wstydu.
W izbie zapadła cisza. Babcia spuściła wzrok, jej dłonie lekko zadrżały.
— Staram się, jak umiem — odpowiedziała cicho.
W tym momencie Adam zrozumiał wszystko. Nie chodziło o logistykę wesela. Nie o miejsce przy stole. Chodziło o pogardę. O to, że Anna wstydziła się kobiety, która go ocaliła, bo była za biedna, za prosta, za „nieodpowiednia”.
— Wyjdź — powiedział nagle Adam.
— Słucham? — Anna uniosła brwi.
— Wyjdź stąd. Teraz.
Odwrócił się do babci, uklęknął przy jej krześle i ujął jej spracowaną dłoń.
— Przepraszam, że tak długo tego nie widziałem.
Anna wyszła, trzaskając drzwiami. A Adam został — z babcią, z prawdą i z bólem, który był jednocześnie końcem i początkiem. Wiedział jedno: jeśli ktoś gardzi twoimi korzeniami, nigdy nie pokocha ciebie.
To też może cię zainteresować: Krzysztof Jackowski mówi o 2026 roku. Tak widzi nadchodzącą przyszłość
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Pączki u Magdy Gessler droższe niż zwykle. Ile kosztują w tym roku