Pierwszy raz pomyślałam, że mi się wydaje.
Teściowa zawsze była „zaangażowana”. Zaangażowana w to, co jem. W to, jak sprzątam. W to, czy prasuję pościel. W to, o której wracam z pracy i czemu jestem zmęczona. Ale to… to było z innej kategorii. Intymnej. Brudnej w swojej ciekawości.
Zaczęło się od niewinnych pytań.
— A wy to kiedy wreszcie? — rzucała przy niedzielnym obiedzie, niby żartem, a jednak tak, że widelce na chwilę zamierały.
— Masz już trzydzieści lat, kochana. Czas leci.
— Ja w twoim wieku miałam już dwójkę.
Śmiałam się nerwowo, a mąż przewracał oczami i mówił: „Daj spokój, mamo”. A potem temat znikał, jak kurz pod dywan.
Tylko że teściowa nie odpuszczała. Ona tylko zmieniała metodę.
Pewnego dnia weszła do łazienki tuż po mnie. Zobaczyłam, że stoi przy koszu na śmieci i coś w nim poprawia — jakby układała papiery do segregacji. Zamarłam, bo mój kosz nie był jej sprawą.
— Szukałaś czegoś? — zapytałam ostrożnie.
Uśmiechnęła się szeroko.
— Ach, nic. Tylko… wiesz, ja lubię porządek.
Następnego miesiąca, kiedy miałam okres, powiedziała przy herbacie:
— Ojej, widzę, że znowu cię boli brzuch. Pewnie te dni, co?
Zakrztusiłam się.
— Skąd ty…?
— Kobieta kobietę rozumie — odpowiedziała słodko.
To nie brzmiało jak zrozumienie. To brzmiało jak kontrola.
Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej ignorowałam. Że pyta, kiedy idę do łazienki. Że „przypadkiem” wchodzi do pokoju, kiedy przebieram się w piżamę. Że dziwnie długo kręci się po mieszkaniu, gdy zostaje u nas na weekend. A potem — jak uderzenie w twarz — znalazłam to.
Mały notes w jej torebce. Leżał na kanapie, jakby zapomniała. Chciałam tylko przełożyć go na stół, żeby nie spadł.
I zobaczyłam kartkę.
Daty. Strzałki. Krótkie dopiski.
„Spóźnia się 2 dni.”
„Była w łazience 3 razy.”
„Kupiła podpaski — znowu.”
„Owulacja? Sprawdzać.”
Owulacja.
Ręce mi zadrżały tak mocno, że aż musiałam usiąść. To nie była troska. To była obsesja. A ja byłam w jej notatniku jak projekt do zrealizowania.
Weszła do pokoju chwilę później, spokojna, jakby nic się nie stało.
— Co robisz? — zapytała.
Podniosłam na nią wzrok, trzymając notes w dłoni.
— To twoje? — mój głos brzmiał obco, cienko.
Spojrzała. Nawet nie udawała zdziwienia.
— No moje — odparła. — I co?
Wstałam.
— Ty… śledzisz, kiedy mam okres? — powiedziałam wolno, jakbym musiała wypowiedzieć te słowa, żeby uwierzyć, że to się dzieje.
Wzruszyła ramionami.
— Ktoś musi myśleć o przyszłości tej rodziny. Skoro wy nie myślicie.
Poczułam, jak coś we mnie wybucha.
— To jest chore — wyszeptałam. — To jest obrzydliwe. To jest moje ciało, moje życie!
Jej twarz stwardniała.
— Nie przesadzaj. Ja tylko chcę wnuków. To normalne.
Normalne.
Przez chwilę zabrakło mi słów, bo zrozumiałam, że ona naprawdę w to wierzy. Że w jej świecie moja intymność jest „rodzinną sprawą”, a ja mam być wdzięczna, że ktoś „dopilnuje” mojego macierzyństwa.
Wtedy wszedł mój mąż.
— Co się dzieje? — zapytał, patrząc na mnie, na notes, na swoją matkę.
— Twoja matka prowadzi kalendarz moich cykli — powiedziałam spokojnie. Nienaturalnie spokojnie. — Notuje, kiedy mam okres. Kiedy idę do łazienki. Kiedy kupuję podpaski.
Mąż otworzył usta, ale nie wydobył z siebie dźwięku. Spojrzał na matkę jak na obcą osobę.
— Mamo… — zaczął.
— No co? — weszła mu w słowo. — Wnuki same się nie zrobią. A ona ciągle coś odkłada. Ty też taki… bez jaj. Ja muszę dopilnować.
„Dopilnować”.
To słowo było jak smycz założona na moją szyję.
Mąż spojrzał na mnie. Widziałam w jego oczach wahanie — ten odruch, żeby „jakoś to załagodzić”, żeby „nie robić dramatu”, żeby „matce nie było przykro”.
I wtedy zrozumiałam, że to jest ta chwila, w której albo będę kobietą, albo będę meblem w cudzej rodzinie.
— Słuchaj uważnie — powiedziałam, patrząc prosto na teściową. — Od dziś nie wchodzisz do mojej łazienki. Nie dotykasz moich rzeczy. Nie masz kluczy. Nie przychodzisz bez zapowiedzi. I jeśli jeszcze raz usłyszę choć jedno pytanie o mój cykl, ciążę albo „wnuki”, wychodzisz natychmiast.
Teściowa prychnęła pogardliwie.
— A ty co, grozisz mi?
Odwróciłam się do męża.
— A ty? — zapytałam cicho. — Stoisz po czyjej stronie?
To było najgorsze pytanie, jakie można zadać w małżeństwie. Bo odpowiedź zawsze kosztuje.
Mąż zbielał. Przez chwilę wyglądał jak chłopiec, który nagle musi być dorosły.
— Mamo… oddaj klucze — powiedział w końcu. Głos mu drżał, ale powiedział to. — Teraz. I przepraszasz.
Teściowa spojrzała na niego, jakby ją zdradził.
— Przez nią się odwracasz przeciwko własnej matce? — syknęła.
— Nie — odpowiedział, pierwszy raz tak twardo. — Odwracam się przeciwko temu, co zrobiłaś. To nie jest miłość. To jest kontrola.
Stałam obok i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie z ulgi. Z bólu. Bo ja nie chciałam walczyć o tak podstawowe rzeczy jak godność.
Teściowa rzuciła klucze na stół tak, że aż zadźwięczały.
— Jeszcze będziecie mnie błagać o pomoc — rzuciła. — Jak wam dziecko będzie płakać po nocach.
I wyszła.
Drzwi trzasnęły, a ja osunęłam się na krzesło. Serce waliło mi jak szalone. Mąż podszedł, chciał mnie objąć, ale cofnęłam się odruchowo.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Nie wiedziałem.
Spojrzałam na niego zmęczonym wzrokiem.
— Widzisz, to jest najgorsze — wyszeptałam. — Że ja już nie wiem, czy mam się bać jej… czy tego, że ty tak długo udawałeś, że „to nic”.
Potem poszłam do łazienki. Zamknęłam drzwi. Oparłam czoło o lustro. I pierwszy raz od dawna poczułam nie wstyd, nie złość — tylko determinację.
Bo dramat nie polegał na tym, że teściowa chciała wnuków.
Dramat polegał na tym, że uznała moje ciało za własność rodziny. A ja przez chwilę prawie w to uwierzyłam.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Zdecydowałam się na rozwód w wieku 60 lat": Usłyszałam od dzieci, że nikt mnie już nie potrzebuje
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Andrzej Piaseczny od lat ma poważny problem. Takiej szczerości nikt się nie spodziewał