Nigdy nie lubiłam. Ten zapach — sterylny, obcy — zawsze kojarzył mi się z czymś, czego nie da się kontrolować. A ja przez całe życie żyłam w przekonaniu, że jeśli człowiek jest porządny, pracowity i wierny, to los mu tego nie odbierze bez ostrzeżenia.

Byłam naiwna.

Leżał na łóżku, dużo mniejszy niż mój mąż z kuchni, z ogrodu, z wakacji. Tamten potrafił naprawić kran jedną ręką, śmiał się głośno przy stole i zawsze zakładał mi szalik, gdy było zimno. Ten tutaj miał cienką skórę, zapadnięte policzki i oczy, które patrzyły na mnie z dziwną pilnością, jakby czasu było już tylko tyle, ile mieści się w jednym oddechu.

— Zostań jeszcze chwilę — poprosił.

Siedziałam obok i gładziłam jego dłoń. Była chłodna. W szpitalu wszystko robi się chłodne.

— Jestem — odpowiedziałam. — Przecież jestem.

Uśmiechnął się słabo, ale zaraz spoważniał.

— Muszę ci coś powiedzieć — wyszeptał.

Zawsze, kiedy mówił „muszę”, robiłam się czujna. Przez 45 lat rzadko używał tego słowa. On był tym, który „dawał radę”.

— Nie męcz się — zaczęłam, bo myślałam, że to będzie coś o leczeniu, o pieniądzach, o formalnościach.

— Właśnie dlatego — przerwał. — Zanim… zanim będzie za późno.

Serce mi przyspieszyło. Poczułam ten stary, znany strach: że zaraz powie mi coś, co rozsypie to, w co wierzyłam. A ja przecież wierzyłam w niego jak w ścianę nośną. Gdy wszystko inne się chwiało, on był stały.

— O co chodzi? — zapytałam cicho.

Odwrócił wzrok w stronę okna. Na parapecie stał mój bukiet, już lekko przywiędły. Taki jak moje siły.

— Pamiętasz… pierwsze lata? — zaczął.

— Oczywiście — odpowiedziałam bez wahania. — Byliśmy biedni, ale razem. Ty pracowałeś, ja łatałam budżet. Wychowaliśmy dzieci… Daliśmy radę.

Przymknął oczy.

— Właśnie. — Przełknął ślinę. — Tylko że… ja nie zawsze byłem taki, jak myślałaś.

Zaśmiałam się nerwowo.

— Co ty mówisz? Ty byłeś ideałem, wiesz o tym.

To była moja mantra. Mówiłam ją koleżankom, kiedy narzekały na mężów. Mówiłam ją sobie w trudniejszych chwilach, kiedy życie traciło sens. Mój mąż był dobry. Przyzwoity. Wierny. On nigdy…

— Nie — przerwał mi znów, tym razem ciszej, ale stanowczo. — Nie byłem ideałem. Byłem człowiekiem, który dobrze się maskował.

Poczułam, jak coś mi ściska żołądek.

— Co zrobiłeś? — wyszeptałam.

Wrócił do mnie wzrokiem. I wtedy zobaczyłam w nim nie chorobę, tylko wstyd. Stary, głęboko zakopany wstyd.

— Jest ktoś jeszcze — powiedział. — Ktoś, o kim nigdy ci nie powiedziałem.

Zamarłam.

— Kto?

— Mam syna — wyszeptał. — Zanim się pobraliśmy. On ma czterdzieści sześć lat.

Powietrze zniknęło. Przez chwilę nie rozumiałam słów, choć były proste. Syn. Czterdzieści sześć. To znaczy… całe nasze małżeństwo. Całe moje życie. Wszystkie święta, wakacje, rocznice, zdjęcia — i obok tego ktoś, kto istniał, a ja nie wiedziałam.

— Żartujesz — powiedziałam. To brzmiało jak prośba, nie jak oskarżenie.

— Nie — odpowiedział. — To była dziewczyna z mojego miasta. Zaszła w ciążę. Ja… uciekłem. Bałem się. Rodzice kazali mi „to załatwić”. Więc… wyjechałem do pracy do innego miasta. Potem poznałem ciebie. I udawałem, że tamtego życia nie było.

Słuchałam i miałam wrażenie, że ktoś opowiada mi film. Tylko że to nie był film, tylko mój własny środek.

— A on? — zapytałam. — Co z nim?

— Żyje — powiedział cicho. — Widziałem go kilka razy. Z daleka. Nigdy do niego nie podszedłem. Wysyłałem pieniądze przez kogoś, kiedy byłem młodszy… potem przestałem, bo uznałem, że „już po wszystkim”. A prawda jest taka, że… nie potrafiłem. Nie miałem odwagi.

W moich oczach stanęły łzy, ale nie płynęły jeszcze. To był ten rodzaj szoku, w którym ciało zamiera.

— Czterdzieści pięć lat — wyszeptałam. — Czterdzieści pięć lat myślałam, że znam człowieka, z którym śpię, jem, żyję. Że wiem, kim jest mój mąż.

— Byłem dobry dla ciebie — powiedział szybko, desperacko. — Dla naszych dzieci. Ja cię kochałem. To nie ma związku z tobą.

To zdanie wywołało we mnie nagłą, gorzką wściekłość.

— Wszystko ma ze mną związek — syknęłam. — Bo ja żyłam w kłamstwie. Bo ja budowałam życie na człowieku, którego nie znałam. Bo ja mówiłam wszystkim, że mam ideał. Rozumiesz? Ja się tym szczyciłam!

Odwrócił głowę, jakby nie mógł znieść mojego głosu. A ja zobaczyłam, że jestem wściekła nie tylko na niego. Jestem wściekła na siebie. Na swoją ślepotę. Na to, jak bardzo chciałam wierzyć, że porządni ludzie dostają porządne życie.

— Dlaczego mówisz mi to teraz? — zapytałam, drżąc.

— Bo on… — przełknął ślinę. — On jest w tym mieście. Przyszedł dziś. Był na korytarzu. Widziałem go przez szybę. I… nie mam już czasu uciekać.

Poczułam zimno, które przeszło mi po karku.

— On jest tutaj? — wyszeptałam.

Kiwnął głową.

— Chce cię zobaczyć — powiedział. — Nie po pieniądze. Po prawdę. Po jedno spojrzenie. Ja… ja już nie zdążę mu jej dać. Ale może ty…

„Może ty.” Jakby teraz, na koniec, próbował przerzucić na mnie odpowiedzialność za swój grzech.

— Chcesz, żebym ja to dźwigała? — zapytałam cicho. — Ja? Po tym, co mi zrobiłeś?

Jego oczy zaszkliły się.

— Proszę — wyszeptał. — Zrób to… jeśli możesz. Nie dla mnie. Dla niego. Ja… całe życie udawałem ideał. A teraz chcę umrzeć choć raz jako człowiek, który powiedział prawdę.

Siedziałam w ciszy, a w mojej głowie pękały kolejne cegły wspomnień. Każdy nasz jubileusz, każda obietnica, każda wspólna modlitwa. I nagle zobaczyłam, że ideał, w którego wierzyłam, był moją własną konstrukcją. Murem, którym zasłaniałam się przed światem.

Wstałam. Nogi miałam jak z waty.

— Zostawiasz mnie z tym — powiedziałam. — Zostawiasz mnie z twoją tajemnicą, z twoim grzechem, z twoim synem, którego nie znam. Po 45 latach.

— Wiem — wyszeptał. — I przepraszam. To za mało, ale… tylko tyle mam.

Przez sekundę miałam ochotę wyjść i już nie wrócić. Zostawić go z jego winą. Nie dać mu tego spokoju na koniec. Ale potem pomyślałam o tym obcym mężczyźnie na korytarzu. O człowieku, który całe życie wiedział o moim istnieniu, a ja nie wiedziałam o jego. O kimś, komu odebrano prawo do ojca, zanim zdążył powiedzieć pierwsze słowo.

I wtedy dotarło do mnie, że dramat nie kończy się na zdradzie.

Dramat zaczyna się tam, gdzie prawda przychodzi za późno.

Wyszłam na korytarz. Światło jarzeniówek było okrutne. Zobaczyłam go od razu — stał przy oknie, wysoki, z twarzą podobną do mojego męża w młodości. Trzymał w ręku zmiętą czapkę, jak ktoś, kto nie wie, co zrobić z własnymi dłońmi.

Odwrócił się, gdy mnie zobaczył.

— Pani… jest jego żoną? — zapytał cicho.

Skinęłam głową. Poczułam łzy.

— A pani… — urwał. — Pani wiedziała?

— Nie — odpowiedziałam, a mój głos pękł. — Myślałam, że był ideałem.

On zamknął oczy, jakby to słowo było dla niego czymś obrzydliwym.

— Dla pani może — szepnął. — Dla mnie był… pustką.

I wtedy zrozumiałam, że ja straciłam obraz męża.

A on stracił całe życie, którego nigdy nie dostał.

Najbardziej dramatyczne było to, że przez 45 lat broniłam człowieka, którego nie znałam.

A teraz, gdy wyznał mi tajemnicę, musiałam zdecydować, czy chcę żyć dalej w tej samej naiwności — czy pierwszy raz spojrzeć prawdzie w oczy, nawet jeśli boli bardziej niż jego odejście.

To też może cię zainteresować: Awaria bankowości w Polsce. Klienci wielu banków mają problemy z dostępem do kont

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Moja była teściowa ciężko zachorowała": Postanowiłam jej pomóc, choć wciąż się zastanawiam, czy na to zasługuje