Nie od niego. Nie od synowej. Od obcej kobiety, która powiedziała to z mieszaniną współczucia i ciekawości, jakby relacjonowała cudzą tragedię, a nie moje życie.

— Pani syn się wyprowadził — rzuciła mimochodem. — Podobno do innej. A żona w ciąży…

Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w klatkę piersiową. Stanęłam na środku chodnika z torbą zakupów w ręce i przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Ciąży? Przecież jeszcze niedawno gładziłam jej brzuch i mówiłam, że „to będzie silne dziecko”. Przecież obiecywał, że będzie przy niej. Że jest gotowy.

Zadzwoniłam do niego natychmiast.

— To prawda? — zapytałam bez przywitania.

Milczał przez kilka sekund. Zbyt długo.

— Mamo… to skomplikowane — odpowiedział w końcu.

Skomplikowane. To słowo zabrzmiało jak nóż owinięty w watę.

— Zostawiłeś ciężarną żonę? — głos mi się załamał. — Moją synową. Matkę twojego dziecka?

— Ona mnie nie rozumiała — powiedział szybko. — Ciągle tylko dziecko, dziecko… A ja też mam prawo do szczęścia.

Prawo do szczęścia. A obowiązek? Odpowiedzialność? Honor? Te słowa musiały wypaść mu z kieszeni razem z kluczami do domu.

Usiadłam ciężko na krześle w kuchni. Przed oczami stanęły mi obrazy sprzed lat: ja, odkładająca pieniądze do koperty „dla syna”; ja, spłacająca jego długi, bo „jeszcze się nie ustawił”; ja, finansująca jego wesele, bo „młodzi nie mają”. Zawsze było jakieś „bo”.

— Gdzie ona teraz jest? — zapytałam.

— U swojej matki — mruknął. — Poradzi sobie.

Poradzi sobie. Tak łatwo przychodziło mu to zdanie.

Pojechałam do niej następnego dnia. Otworzyła drzwi z opuchniętymi oczami, w rozciągniętym swetrze, jakby nagle postarzała się o dziesięć lat. Brzuch miała już wyraźny. Położyła na nim dłoń, jakby broniła dziecka przed całym światem.

— Przepraszam — powiedziałam od progu. I to było jedyne słowo, jakie potrafiłam z siebie wydusić.

Usiadłyśmy przy stole. Opowiadała cicho, bez histerii. Że spakował się wieczorem. Że powiedział, iż „nie jest gotowy na ojcostwo”. Że zostawił ją z torbą ubrań i ciszą, która bolała bardziej niż krzyk.

Słuchałam i czułam, jak we mnie coś obumiera. Nie tylko miłość do syna. Także wiara, że wychowałam go na przyzwoitego człowieka.

— On mówił, że pani mu pomoże — dodała nagle. — Że zawsze pani pomaga.

Te słowa były jak policzek. Bo były prawdziwe.

Wracałam do domu z drżącymi rękami. Przez całe życie tłumaczyłam go przed światem: że wrażliwy, że pogubiony, że jeszcze dojrzeje. Kupowałam mu czas. Pieniądze. Drugie szanse. A on nauczył się tylko jednego: że zawsze ktoś posprząta po nim bałagan.

Wieczorem znów zadzwonił.

— Mamo, potrzebuję trochę pieniędzy — powiedział bez wstydu. — Muszę wynająć mieszkanie.

Wtedy coś we mnie pękło. Ostatecznie.

— Gdybym wiedziała — powiedziałam bardzo cicho — jak podły będziesz, nie dałabym ci ani grosza. Ani jednego.

— Jak możesz tak mówić? — oburzył się. — Jestem twoim synem!

— A ona jest w ciąży — odpowiedziałam. — I została sama. To ona teraz potrzebuje wszystkiego. I twoje dziecko.

Zamilkł. Po raz pierwszy nie miał gotowej odpowiedzi.

— Pieniądze, które odkładałam dla ciebie — dodałam — pójdą na wózek. Na łóżeczko. Na lekarza. Bo ktoś musi być dorosły w tej historii.

— Stajesz przeciwko mnie? — zapytał.

Zamknęłam oczy.

— Nie. Ja staję po stronie przyzwoitości.

Rozłączyłam się. Ręce mi drżały, ale serce było dziwnie spokojne. Jakby po raz pierwszy od lat ktoś zdjął ze mnie ciężar usprawiedliwiania cudzych czynów.

Nazajutrz poszłam do synowej z kopertą. Nie była gruba. Ale była uczciwa. A przede wszystkim była znakiem, że nie jest sama.

— On stracił dziś dużo więcej niż pieniądze — powiedziałam, patrząc na jej brzuch. — Stracił szacunek. I matkę, która zawsze go ratowała.

Bo dramat w tej historii nie polega tylko na tym, że mój syn odszedł do kochanki.

Największy dramat polega na tym, że musiałam uznać prawdę: można urodzić dziecko, kochać je całym sercem — a mimo to wychować kogoś, kogo czyny łamią ci serce na pół.

To też może cię zainteresować: Wielkie zmiany w 800+ już od 1 lutego. Jeden błąd może kosztować kilka tysięcy złotych

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Jarosław Kaczyński trafił do szpitala. Otoczenie prezesa PiS komentuje