Tym samym, który nosiłam przy sobie od lat — z wytartą główką, lekko wygięty, rozpoznawalny nawet po omacku. Klucz do domu mojego ojca. Do miejsca, które zawsze było „otwarte”, nawet wtedy, gdy drzwi były zamknięte.

Włożyłam go do zamka.

Nie pasował.

Przekręciłam raz. Drugi. Mocniej. Metal zgrzytnął obco, jakby drzwi mnie nie znały. Cofnęłam dłoń i spojrzałam na klucz, jakby to on mnie zdradził. Serce zaczęło bić szybciej.

Ktoś zmienił zamki.

Stałam tam kilka sekund, niezdolna do ruchu. W głowie miałam pustkę, a zaraz potem falę wspomnień: ojciec stojący w drzwiach z kubkiem herbaty, ojciec mówiący „wejdź, dziecko”, ojciec, który zawsze zostawiał światło w kuchni, „żebyś nie wracała do ciemnego”.

Zapukałam. Raz. Potem drugi, mocniej.

Cisza.

Wyjęłam telefon i zadzwoniłam. Sygnał. Jeszcze jeden. Odebrał dopiero za trzecim razem.

— Tato? — powiedziałam, starając się, żeby głos mi nie zadrżał. — Jestem pod drzwiami. Klucz… nie pasuje.

Zapadła chwila ciszy. Za długa.

— A… — odezwał się w końcu. — Zapomniałem ci powiedzieć.

To „zapomniałem” uderzyło mnie mocniej niż zamknięte drzwi.

— Co zapomniałeś? — zapytałam.

— Zmieniliśmy zamki — powiedział. — Tak było bezpieczniej.

My. To słowo zapiekło.

— „Zmieniliśmy”? — powtórzyłam. — Kto „my”, tato?

Znów cisza. Potem westchnienie.

— Ela — odpowiedział. — Ona tu teraz mieszka.

Ela. Kobieta, którą poznał po śmierci mamy. Kobieta, która mówiła do mnie „kochanie” zbyt szybko, zbyt sztucznie. Kobieta, która zawsze stawała między mną a nim, nawet jeśli fizycznie jej tam nie było.

— Nie wiedziałam — powiedziałam cicho. — Mówiłeś, żebym przyjechała.

— Tak, ale… — zawahał się. — Nie pomyślałem o kluczu.

Nie pomyślał o mnie.

Stałam na klatce schodowej z walizką, jak obca osoba, która pomyliła adres.

— Otworzysz mi? — zapytałam.

— Ela jest zmęczona — usłyszałam. — Poza tym… może lepiej, żebyś zadzwoniła wcześniej następnym razem.

„Następnym razem”. Jakby to było miejsce, do którego się przychodzi w odwiedziny, a nie dom, w którym dorastałam. Dom, w którym na framudze wciąż powinny być kreski mojego wzrostu.

Poczułam, jak coś we mnie opada. Nie z hukiem. Powoli. Jak kurz.

— Rozumiem — powiedziałam, choć nie rozumiałam niczego.

— Zadzwonimy — dodał szybko. — Porozmawiamy.

Rozłączył się.

Stałam jeszcze chwilę przed drzwiami. Dotknęłam klamki, jakby mogła mnie rozpoznać. Była zimna. Obca.

Zeszłam po schodach powoli. Każdy stopień brzmiał zbyt głośno. Na zewnątrz padał deszcz. Mokry chodnik odbijał światła latarni, a ja pomyślałam, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie da się cofnąć.

Nie chodziło o zamek.

Chodziło o to, że ktoś zamknął mnie na zewnątrz życia mojego ojca. A on… pozwolił, żeby klucz, który trzymałam przez całe lata, nagle przestał cokolwiek otwierać.

I wtedy zrozumiałam, że najgorsze drzwi to nie te, których nie da się otworzyć. Najgorsze są te, za którymi ktoś zdecydował, że już nie czeka.

To też może cię zainteresować: Taka jest emerytura Jerzego Owsiaka. Prawda może zaskoczyć

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Moja córka chce, by do ołtarza poprowadził ją biologiczny ojciec": Niech więc on zapłaci za ślub