Bez pośpiechu, bez lodu w głosie, bez tego dziwnego wyrachowania, które weszło nam do domu razem z tematami „kto co dostanie”.
Ale odkąd zaczęło się mówić o mieszkaniach, ja przestałam być matką.
Stałam się sprawą do załatwienia.
Mam dwa mieszkania. Jedno – to, w którym mieszkam od trzydziestu lat, po ojcu. Drugie – kawalerka po cioci, którą wynajmowałam, żeby dołożyć do emerytury. Nic wielkiego. Żadne „bogactwo”, tylko mój spokój i poczucie, że jeśli zachoruję, jeśli zabraknie mi na leki, to nie będę nikogo błagać.
I właśnie to stało się dla nich problemem.
Pierwszy raz usłyszałam to podczas rodzinnego obiadu. Zwykła niedziela. Rosół, schabowy, wnuki w pokoju. A potem, jakby od niechcenia, starszy syn, Marek, odłożył widelec i powiedział:
— Mamo, trzeba by to w końcu uporządkować.
— Co uporządkować? — zapytałam, udając, że nie wiem.
Bo wiedziałam. Tylko nie chciałam uwierzyć, że to już.
Marek spojrzał na młodszego, Pawła. Ten wbił wzrok w talerz.
— Te mieszkania — powiedział Marek. — Żeby potem nie było problemów.
„Żeby potem nie było problemów” — to najładniejsze opakowanie na chciwość, jakie znam.
— Jestem jeszcze żywa — odpowiedziałam spokojnie.
Marek się uśmiechnął, ale to nie był ciepły uśmiech.
— No właśnie dlatego mówimy teraz. Żebyś mogła zdecydować.
Paweł wtrącił w końcu, cicho:
— Mamo, my cię nie chcemy stresować…
Ale jego „nie chcemy stresować” zabrzmiało jak: chcemy, tylko niech to będzie bez scen.
Wtedy jeszcze próbowałam to załatwić po ludzku.
— Po mojej śmierci wszystko będzie zgodnie z prawem — powiedziałam. — Podzielicie się.
Marek pochylił się do przodu.
— Mamo, ty nie rozumiesz. Zgodnie z prawem to będzie wojna. A ty masz szansę tego uniknąć.
Wojna.
Jakby to była moja wina, że oni nie potrafią się zachować jak bracia.
— To wy uniknijcie wojny — odpowiedziałam. — To wy bądźcie normalni.
Marek prychnął.
— Normalni? W tych czasach? Każdy walczy o swoje.
I wtedy pierwszy raz poczułam, że robi mi się zimno. Bo on nie mówił o „rodzinie”. On mówił jak ktoś obcy. Jak ktoś, kto przyszedł negocjować.
Od tamtej niedzieli zaczęło się powoli, ale konsekwentnie.
Paweł dzwonił częściej. „Jak się czujesz?”, „czy masz leki?”, „czy coś ci nie trzeba przywieźć?” — i ja przez chwilę czułam się ważna. A potem, między jednym a drugim, zawsze wpadało to samo zdanie:
— Mamo, a myślałaś już, jak to rozwiązać?
Marek z kolei robił odwrotnie: rzadziej dzwonił, ale jak już dzwonił, to krótko, konkretnie, chłodno.
— Mamo, musimy pogadać o kawalerce. Wynajem to głupota. Po co obcym dajesz zarobić? Lepiej, żeby to zostało w rodzinie.
W rodzinie. Czyli u niego.
W końcu przyszedł do mnie z „propozycją”.
— Przepisz mi to mieszkanie, w którym mieszkasz — powiedział, jakby prosił o cukier. — A Paweł dostanie kawalerkę. Ty i tak będziesz z nami na zmianę, jak będziesz starsza.
Na zmianę.
Jak mebel.
— Ja nigdzie nie idę — odpowiedziałam.
Marek uniósł brwi.
— A co, będziesz sama do śmierci siedzieć? Kto ci poda wodę? Kto cię zawiezie do lekarza?
Zawahałam się. I to było najgorsze: oni wiedzieli, gdzie uderzyć. W mój lęk.
— Dam sobie radę — powiedziałam.
Marek spojrzał na mnie z pogardą, której wcześniej nie widziałam.
— To sobie radź.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Tego wieczoru Paweł zadzwonił.
— Marek mówił, że się pokłóciliście — zaczął ostrożnie.
— Nie pokłóciliśmy się. On chciał, żebym przepisała mu mieszkanie.
Zapadła cisza.
— Mamo… — Paweł westchnął. — Ty wiesz, że ja nie chcę się mieszać, ale… w sumie Marek ma trochę racji.
I wtedy poczułam, że grunt mi się usuwa spod nóg. Bo Paweł zawsze był „ten dobry”. Ten cichy, ten empatyczny. A teraz powoli, bardzo powoli, zaczynał mówić tym samym językiem.
— Ty też? — zapytałam.
— Nie tak, że „też”… — plątał się. — Po prostu… to by było sprawiedliwe. I bezpieczne.
Bezpieczne.
Dla nich.
Nie dla mnie.
Najbardziej dramatyczny moment przyszedł kilka tygodni później, kiedy zachorowałam. Nic wielkiego — zapalenie płuc, ale dla mnie to był pierwszy raz od lat, kiedy naprawdę nie miałam siły wstać.
Zadzwoniłam do Pawła, bo Marek po tamtym „to sobie radź” nie odbierał.
— Paweł… możesz przyjechać? — zapytałam słabo. — Potrzebuję leków.
— Jasne, mamo — powiedział od razu.
Przyjechał po godzinie. Z torbą z apteki. Z pomarańczami. I z… teczką pod pachą.
Teczka w moim domu wyglądała jak wyrok.
— Co to jest? — zapytałam, chociaż serce już mi mówiło.
Paweł usiadł, poprawił okulary.
— Mamo… to tylko dokumenty. Żeby wszystko było jasne. Żebyś się nie martwiła.
Zaśmiałam się cicho, ochryple.
— Ja się nie martwię o dokumenty. Ja się martwię, że nie mogę oddychać.
Paweł spuścił wzrok.
— Właśnie dlatego… — zaczął. — Właśnie dlatego trzeba to załatwić teraz. Jakby… jakby coś.
„Jakby coś.” Czyli: jakbyś umarła.
W tym momencie do mieszkania wszedł Marek. Nie pukał. Po prostu otworzył, bo kiedyś miał klucz i nigdy go nie oddał.
— No i? — rzucił od progu. — Jak sytuacja?
Spojrzał na mnie jak na paczkę, a nie jak na matkę w gorączce.
— Jest słaba — powiedział Paweł.
Marek wzruszył ramionami.
— To tym bardziej nie ma co czekać.
I wtedy zrozumiałam, co się dzieje. Oni przyszli z lekami nie po to, żeby mi pomóc.
Oni przyszli z lekami jak z argumentem.
Żeby powiedzieć: pomagamy, więc teraz podpisz.
Marek położył na stole dokumenty.
— Przepiszesz. Dziś. Paweł ci wszystko wytłumaczy.
— Nie podpiszę niczego, kiedy jestem chora — powiedziałam, czując, jak serce mi wali.
Marek się skrzywił.
— Zawsze znajdziesz wymówkę.
— To nie jest wymówka — wyszeptałam. — To jest moje życie.
Marek nachylił się i powiedział głosem, który miał brzmieć „rozsądnie”, a był groźbą:
— Mamo, my możemy być mili, ale nie musimy. Jak będzie trzeba, to i tak to weźmiemy po swojemu. Ale wtedy… wtedy nie licz na to, że będziemy się tobą zajmować.
I wtedy stało się coś, czego się po sobie nie spodziewałam.
Wstałam. Słaba, trzęsąca się, z płucami, które paliły. Wstałam, bo nagle poczułam, że jeśli teraz nie stanę, to już nigdy nie stanę.
— Wyjdźcie — powiedziałam.
Paweł otworzył usta.
— Mamo, proszę, nie…
— Wyjdźcie — powtórzyłam głośniej. — Obaj.
Marek prychnął.
— No pięknie. Jak zawsze dramat.
— To nie dramat — odpowiedziałam. — To granica.
Podeszłam do szafki w przedpokoju, wyjęłam klucze i wyciągnęłam rękę.
— Marek, oddaj klucz.
Marek patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— Ty serio?
— Tak.
W końcu rzucił klucz na komodę z taką siłą, że aż zadźwięczało.
— Dobra. Tylko pamiętaj, mamo — powiedział zimno. — Sama tego chciałaś.
Wyszli. Drzwi się zamknęły.
Zostałam sama. Z gorączką, z ciszą, z uczuciem, że ktoś mnie właśnie ograbił nie z mieszkań.
Z miłości.
Leżałam potem kilka dni w łóżku. Sąsiadka przynosiła mi zupę. Pani z apteki dowoziła leki, bo znała mnie od lat. Obcy ludzie okazali mi więcej troski niż moi synowie, którzy potrafili tylko liczyć metry.
I wtedy dotarła do mnie najboleśniejsza prawda:
Moi synowie nie kłóciliby się, gdyby nie mieszkania.
Ale nie dlatego, że mieszkania „zepsuły” ich charaktery.
Tylko dlatego, że mieszkania pokazały, co było w nich od dawna: rywalizacja, żal, poczucie, że coś im się należy.
A ja?
Ja przez lata próbowałam być sprawiedliwa. Tylko że sprawiedliwość w rodzinie, w której liczy się tylko „kto ile dostanie”, zawsze zamienia się w handel.
Dziś już wiem, że oni traktowaliby mnie lepiej… dopóki myśleliby, że w zamian dostaną coś konkretnego.
To nie jest miłość.
To jest inwestycja.
I to jest najgorsze odkrycie w moim życiu — że własne dzieci potrafią patrzeć na matkę jak na listę aktywów, a nie jak na człowieka.
A ja nie mogę cofnąć czasu. Nie mogę sprawić, żeby znów byli moimi chłopcami.
Mogę tylko jedno: przestać udawać, że ta wojna jest „o mieszkania”.
Ona jest o serca.
I te serca już dawno przestały bić dla mnie tak, jak powinny.
To też może cię zainteresować: Nawrocki uhonorował Stocha w Zakopanem. Kibice nie kryli wzruszenia
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Andrzej Duda otwiera biuro przy Wawelu. Ujawniono szczegóły jego działalności