Nie „weekendowy wypad”, nie „może się uda”, tylko prawdziwy urlop — pierwszy od lat, odkąd wszystko kręciło się wokół pracy, dzieci i tej niekończącej się listy „jeszcze tylko”. Odkładaliśmy pieniądze miesiącami. Ja wybierałam noclegi, porównywałam ceny, czytałam opinie, sprawdzałam, czy plaża jest blisko, czy jest lodówka w pokoju, czy dzieci będą miały co robić.
Miałam w głowie jeden obraz: ja i mój mąż na balkonie wieczorem, dzieci śpią, a my wreszcie… oddychamy.
I wtedy, tydzień przed wyjazdem, wszystko runęło od jednego zdania.
Teściowa zadzwoniła do męża. Słyszałam tę rozmowę z kuchni, bo Marcin zawsze rozmawia głośno, jakby musiał udowodnić światu, że nie ma tajemnic.
— No wreszcie gdzieś jedziecie — usłyszałam jej głos nawet bez głośnika. — To ja też się spakuję.
Marcin roześmiał się nerwowo.
— Mamo… co ty mówisz?
— Normalnie, synku — ciągnęła jakby to było oczywiste. — Przecież ja sama nie będę siedzieć. Wy jedziecie, ja jadę z wami. Zrobię wam obiad, dopilnuję dzieci. Będzie wam łatwiej.
Zobaczyłam, jak mąż zamarł. Znam tę minę. To jest mina człowieka, który już wie, że to będzie awantura, ale jeszcze łudzi się, że da się tego uniknąć.
— Mamo, ale my… — zaczął.
— Nie ma „ale” — przerwała. — Powiedz tylko, o której wyjazd. I czy mam wziąć swój ręcznik, czy tam dają.
Wtedy weszłam do salonu. Marcin patrzył na mnie jak na kogoś, kto ma rozbroić bombę.
— Kto? — zapytałam, choć i tak wiedziałam.
Marcin zasłonił mikrofon dłonią.
— Mama mówi, że jedzie z nami…
W tej sekundzie poczułam w klatce piersiowej coś jak twardy kamień. Nie dlatego, że jej nienawidziłam. Nie. To było gorsze: ja wiedziałam, co to znaczy.
To nie byłby urlop. To byłby dyżur.
Teściowa w samochodzie, komentująca każdy zakręt. Teściowa w apartamencie, przestawiająca rzeczy „bo tak lepiej”. Teściowa na plaży, która wszystko wie najlepiej: jak ubrać dzieci, kiedy jeść, kiedy spać. Teściowa, która nie odpuści ani jednej chwili w ciszy.
A ja… ja miałabym udawać, że to „rodzinny wyjazd”, zamiast odpocząć.
Marcin odsunął telefon od ucha i powiedział ostrożnie:
— Mamo, to są nasze wakacje. My jedziemy sami.
W słuchawce zapadła cisza. A potem usłyszeliśmy ten dźwięk, który znałam aż za dobrze: wciągnięcie powietrza przed płaczem.
— Czyli ja już wam przeszkadzam — wyszeptała. — Czyli ja jestem nikim.
Marcin przewrócił oczami, bezsilny.
— Mamo, nie przesadzaj…
— Ja całe życie sama! — wybuchła nagle. — Twój ojciec mnie zostawił, ja was wychowałam, a teraz nawet na wakacje nie mogę pojechać z własnym synem?!
Poczułam, jak we mnie narasta złość. Bo ona mówiła o „wakacjach z synem”, jakby mnie nie było. Jakbym była dodatkiem. Przeszkodą.
Marcin spojrzał na mnie błagalnie: nie wtrącaj się, proszę, jakoś to załatwię.
Ale ja już nie miałam siły być tą, która zawsze ustępuje, żeby było miło.
Wzięłam telefon z jego ręki. On nie protestował, tylko patrzył, jakby oddawał mi ster i jednocześnie odpowiedzialność za burzę.
— Dzień dobry — powiedziałam spokojnie. — To są wakacje naszej rodziny. My jedziemy sami.
Przez sekundę było cicho, jakby teściowa nie wierzyła, że odważyłam się odezwać.
— Aha — syknęła. — Czyli to ty. To ty mu zakazujesz.
— Nikt nikomu nie zakazuje — odpowiedziałam. — Po prostu nie jedziemy z panią. I proszę nie pakować się do naszej rezerwacji.
— Ja już wszystko wymyśliłam! — podniosła głos. — Ja wam pomogę! Ty będziesz mogła odpocząć, a dzieci będą miały babcię!
— Pani „pomoc” zawsze wygląda tak samo — przerwałam jej. — Ja nie odpoczywam, tylko jestem pod oceną. Co zjem, jak ubiorę dzieci, czy dobrze sprzątnę, czy „wypada”. Ja nie chcę takiego urlopu.
Teściowa wydała z siebie oburzony śmiech.
— Jak ty śmiesz! Ja jestem matką! Ja mam prawo!
— Nie, nie ma pani prawa wpraszać się na czyjeś wakacje — powiedziałam już ostrzej, bo ręce mi się trzęsły. — I ja się na to nie zgodzę. Nigdy.
Wtedy teściowa przestała udawać.
— To ja wam powiem tak — syknęła. — Jak wy pojedziecie sami, to ja… ja nie wiem, co ze mną będzie. Ja tu siedzę sama, mnie serce boli, ja mam ciśnienie, ja mogę umrzeć, a wy będziecie się opalać!
Marcin w tym momencie wyrwał mi telefon, bo aż mu twarz ściągnęło.
— Mamo, przestań. To jest szantaż — powiedział.
Szantaż.
To słowo wisiało w powietrzu jak coś, czego w tej rodzinie nie mówiło się na głos. Bo u nas zawsze było: „mama taka jest”, „nie denerwuj jej”, „bądź mądrzejsza”.
A teraz on powiedział to wprost.
Teściowa zamilkła. Potem zaczęła płakać. Głośno. Ostentacyjnie. Jak syrena alarmowa.
— Ja wiedziałam, że ona cię przeciwko mnie nastawi! — krzyczała. — Ty już nie jesteś mój! Ona cię zabrała!
Marcin stał w miejscu, patrząc na podłogę, jakby wstydził się własnego telefonu.
— Mamo, kończę rozmowę — powiedział wreszcie i rozłączył się.
Zapadła cisza. Tak ciężka, że aż bolały uszy.
— Zrobiłaś to gorzej — wyszeptał po chwili.
Odwróciłam się do niego.
— Gorzej? — powtórzyłam. — Gorzej byłoby pojechać z nią i wrócić jeszcze bardziej zmęczona niż przed wyjazdem.
Marcin nie odpowiedział. Usiadł na kanapie i wyglądał jak człowiek, który przegrał z czymś większym niż on.
Wieczorem zadzwoniła babcia — jego ciotka, moja „życzliwa” krewna przez małżeństwo.
— Słuchaj, co wy wyprawiacie? — zaczęła od razu. — Matka płacze, mówi, że ją zostawiacie, że nie ma dla niej miejsca. Przecież to tylko wakacje.
„Tylko wakacje.”
To zawsze jest „tylko”. Tylko obiad. Tylko święta. Tylko weekend. Tylko trzy lata. A potem człowiek się budzi i nie ma własnego życia.
— To są nasze wakacje — powiedziałam. — Dla nas. Dla dzieci. Dla spokoju.
— Spokoju? — prychnęła. — A matka? Matka też człowiek.
— Właśnie dlatego nie zabieramy jej ze sobą — odpowiedziałam. — Bo ja nie będę jej nienawidzić. A zaczęłabym. Gdyby wzięła nam te dni.
Po tej rozmowie przez dwa dni mieliśmy ciszę. Teściowa nie dzwoniła. To była jej kolejna kara: milczenie, które ma wzbudzić poczucie winy.
Marcin chodził nerwowy, sprawdzał telefon co chwilę. A ja czułam w środku ten znany konflikt: z jednej strony ulga, z drugiej niepokój. Bo wiedziałam, że teściowa nie odpuści.
I rzeczywiście — trzy dni przed wyjazdem przyszła do nas bez zapowiedzi.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ją z walizką. Prawdziwą walizką. Postawioną w progu jak manifest.
— Przyjechałam — oznajmiła, jakbyśmy ją zaprosili. — I nie będziemy robić wstydu przed ludźmi. Wy jedziecie, ja jadę. Koniec.
Marcin zamarł.
Ja poczułam, jak w środku robi mi się lodowato.
— Proszę zabrać walizkę — powiedziałam spokojnie. — Nigdzie pani z nami nie jedzie.
Teściowa zacisnęła usta.
— Ty mnie nie będziesz wyrzucać z domu mojego syna.
— To jest też mój dom — odpowiedziałam. — I mówię pani: nie.
Wtedy teściowa podniosła głos, tak żeby słyszeli sąsiedzi.
— Patrzcie ją! Paniusia! Paniusia chce odpoczywać, a stara matka ma siedzieć sama jak pies!
Widziałam, jak Marcin blednie. Jak włącza mu się ten stary mechanizm: zróbmy cokolwiek, byle ona nie robiła sceny.
I właśnie dlatego wiedziałam, że jeśli teraz ustąpię, to przegram nie tylko wakacje.
Przegram granice na resztę życia.
Podniosłam walizkę — ciężką, naprawdę ciężką — i postawiłam ją na klatce schodowej.
— Nie pojedzie pani z nami — powtórzyłam. — Jeśli pani chce jechać na urlop, proszę sobie zarezerwować własny. Ale my jedziemy sami.
Teściowa otworzyła usta, zszokowana. Przez sekundę wyglądała, jakby ktoś ją uderzył. A potem zrobiła coś, czego się spodziewałam, ale i tak zabolało.
— To ja wam tego nie wybaczę — wysyczała. — Jak wrócicie, zobaczycie.
Odwróciła się i poszła, ciągnąc walizkę po schodach tak głośno, żeby wszyscy słyszeli.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami i dopiero wtedy poczułam, że ręce mi drżą.
Marcin stał w przedpokoju.
— To moja matka — powiedział cicho.
— Wiem — odpowiedziałam. — Ale to są nasze wakacje.
W nocy długo nie spałam. W głowie miałam jej słowa, jej krzyk, tę walizkę w progu. Bałam się, że coś zrobi: że zadzwoni do rodziny, że zrobi z nas potwory, że nastawi wszystkich.
Ale kiedy rano zobaczyłam dzieci, które skakały z radości na myśl o wyjeździe, poczułam jedną jasną myśl:
ja nie mogę ich uczyć, że cudze emocje są ważniejsze niż ich bezpieczeństwo i spokój.
W dzień wyjazdu teściowa nie zadzwoniła. Nie pożegnała się. Nie napisała.
Marcin wsiadł do auta milczący. Ja też byłam cicha. Bo czasem walka o granice nie ma fanfar. Ma tylko ciężar i konsekwencje.
Kiedy wyjechaliśmy z miasta, dzieci zasnęły na tylnym siedzeniu. A ja spojrzałam na męża.
— Będzie awantura po powrocie — powiedziałam.
Marcin skinął głową.
— Wiem.
— I co zrobimy? — zapytałam.
Wziął głęboki oddech.
— Pierwszy raz w życiu… nie dam się wciągnąć — powiedział cicho. — Bo ja też chcę odpocząć.
I wtedy, dopiero wtedy, poczułam, że te wakacje naprawdę się zaczynają.
Nie od plaży.
Nie od hotelu.
Tylko od tego, że wreszcie ktoś powiedział „nie” — i nie cofnął się pod ciężarem cudzych pretensji.
To też może cię zainteresować: Zwitek banknotów na chodniku to pułapka. Policja ostrzega przed oszustwem
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Plany ewakuacji przygotowane. Co warto wiedzieć