Syn zdjął buty w przedpokoju, jak zawsze bez pośpiechu, jakby chciał się trochę zatrzymać w tym domu, zanim wróci do swojego. Wnuki pobiegły do pokoju, synowa od razu weszła do kuchni i zaczęła mówić o tym, co ją boli, kto ją wkurzył i ile ma na głowie.

A ja patrzyłam na syna. Na to, jak stanął na dywaniku w skarpetach.

Dziura.

Nie mała, nie taka „od prania”, tylko konkretna dziura na dużym palcu, przez którą widać było skórę. I jeszcze druga, przy pięcie. Zużyte, cienkie, jakby nosił je od miesięcy.

Zrobiło mi się gorąco.

— Synku… — powiedziałam, starając się, żeby brzmiało lekko. — Ty w takich skarpetach chodzisz?

On spojrzał w dół i uśmiechnął się krzywo, jakby to był żart.

— A co, widać? — mruknął.

To było gorsze niż „tak”. Bo w tym „a co” było coś z przyzwyczajenia. Jakby nie widział w tym niczego dziwnego.

Synowa odwróciła się od blatu.

— No przecież to tylko skarpety — rzuciła, machając ręką. — On zawsze wszystko niszczy.

„On niszczy.”

W jednej chwili poczułam w sobie złość, jakiej dawno nie czułam. Bo mój syn nie jest dzieckiem, które „niszczy”. Jest dorosłym mężczyzną, który pracuje, utrzymuje dom, wraca zmęczony. A ona mówi o nim jak o kimś, kto jest kłopotem.

— Skarpety się kupuje — powiedziałam spokojnie.

Synowa uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, w którym nie było ciepła.

— No proszę pani. Są ważniejsze wydatki.

Ważniejsze.

Potem patrzyłam, jak wyjmuje z torebki nową pomadkę, odkłada ją na stół i mówi, że była „na chwilę” w drogerii. Jak opowiada, że musi iść do kosmetyczki, bo „nie będzie chodzić zaniedbana”. Jak pokazuje nową bluzkę, bo była promocja. Jak narzeka, że życie jest drogie.

A mój syn stoi obok w dziurawych skarpetach.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że coś tu nie gra.

W kolejnych tygodniach zaczęłam widzieć więcej. Bo takie rzeczy nie są jednorazowe. One się powtarzają jak plama, która wychodzi na jaw dopiero, gdy spojrzysz pod światło.

Syn przychodził do mnie i zawsze wyglądał… jakby był o pół kroku za sobą. Niby czysty, niby ogolony, ale widać było, że wszystko robi „na szybko”. Koszula pognieciona. Kurtka z urwanym guzikiem. Buty zdarte. A pod tym wszystkim ten sam wyraz twarzy: zmęczenie, które nie jest tylko po pracy.

Raz, kiedy poszedł do łazienki, zostawił telefon na stole. Zawibrował. Powiadomienie z banku.

Nie chciałam patrzeć. Przysięgam. Ale ekran rozświetlił się tak, że to zobaczyłam jednym spojrzeniem.

„Przelew: 350 zł — kosmetyczka”.

A chwilę później wyskoczyło kolejne: „Przypomnienie: opłata za przedszkole”.

Wzięłam głęboki oddech. Pomyślałam: może to wspólne konto. Może tak mają. Nie wtrącaj się. Ale w mojej głowie wróciły te dziurawe skarpety jak symbol.

Kiedy syn wyszedł z łazienki, nie wytrzymałam.

— Synku — zaczęłam cicho. — U was… wszystko w porządku z pieniędzmi?

Zatrzymał się na sekundę, jakby go ktoś złapał za rękę.

— A czemu pytasz?

— Bo… — wskazałam na jego skarpety. — Bo ty chodzisz w podartych rzeczach.

W jego oczach pojawiło się coś, czego nie chciałam widzieć. Wstyd. Taki męski, zaciskany w szczęce.

— Mamo, nie rób dramatu — powiedział szybko. — To tylko skarpety.

„Tylko skarpety.” Dokładnie tak samo, jak powiedziała ona.

Tydzień później przyszli znowu. I znowu zobaczyłam dziury. Tym razem większe. A synowa weszła do mieszkania jak na wybieg, w nowych butach i płaszczu, który błyszczał metką.

Kiedy syn poszedł do wnuków, zostałyśmy same w kuchni. Wtedy teściowa w końcu przestaje udawać, że jest „miła” i zaczyna mówić to, co naprawdę myśli.

— Pani wie, jaki on jest — zaczęła synowa, nalewając sobie herbaty jak u siebie. — On nie umie o siebie zadbać. To ja tu wszystko ogarniam.

— Ogarniasz? — powtórzyłam. — To czemu on chodzi w dziurawych skarpetach?

Synowa spojrzała na mnie z irytacją, jakby to było śmieszne, że ja w ogóle o tym mówię.

— Bo ja nie jestem jego matką — powiedziała. — Niech sobie sam kupi.

I w tym momencie poczułam, że we mnie wstaje coś starego, pierwotnego. Instynkt matki. Tylko że teraz ten instynkt miał w sobie gorycz.

— A ty kim jesteś? — zapytałam spokojnie. — Żoną czy współlokatorką?

Synowa zamarła.

— Proszę mi tak nie mówić.

— To niech ty nie mówisz tak o nim — odpowiedziałam. — Bo to nie jest kwestia skarpet. To jest kwestia szacunku.

Synowa prychnęła.

— Szacunek? Pani wie, ile ja robię? Dzieci, dom, praca… a on wraca, siada i… nic. To jak mam go jeszcze głaskać?

„Głaskać.”

Jakby miłość była nagrodą, którą się wydaje za wykonane zadania. Jakby małżeństwo było tabelką.

— On pracuje — powiedziałam. — Też jest zmęczony.

— Zmęczony? — zaśmiała się krótko. — Proszę pani, ja też jestem zmęczona. A jednak nie chodzę w dziurawych skarpetach.

I wtedy już nie wytrzymałam.

— Właśnie. Nie chodzisz. A on chodzi — powiedziałam. — I to mówi więcej o tobie niż o nim.

Synowa zrobiła się czerwona.

— Pani się wtrąca do mojego małżeństwa — syknęła.

— Ja się wtrącam, bo to mój syn — odpowiedziałam twardo. — I widzę, że on się kurczy. Że przestał o siebie dbać. Że zaczyna wierzyć, że nie zasługuje na normalne rzeczy.

W tym momencie w kuchni pojawił się syn. Stał w drzwiach i patrzył na nas jak ktoś, kto wszedł w sam środek burzy.

— Co się dzieje? — zapytał.

Synowa natychmiast zmieniła ton. Zrobiła się słodka.

— Nic, rozmawiamy. Twoja mama jak zwykle się czepia.

„Jak zwykle.”

A ja zobaczyłam, jak syn automatycznie spuszcza wzrok. Jakby już wiedział, że najlepsze, co może zrobić, to się nie odzywać.

I wtedy stało się coś, co mnie przeraziło. Bo ja nagle zrozumiałam: te skarpety to nie przypadek, nie brak czasu, nie „męska niechlujność”.

To znak. Że on przestał mieć siłę walczyć o siebie. Że w tym domu ktoś ma prawo do wszystkiego, a ktoś ma prawo tylko do obowiązków.

Po ich wyjściu poszłam do pokoju, gdzie trzymam drobiazgi na „czarną godzinę”. Wyjęłam paczkę nowych skarpet, które kupiłam jeszcze przed świętami, bo miałam przeczucie. Włożyłam je do reklamówki razem z czekoladą dla wnuków, żeby nie wyglądało jak oskarżenie.

Następnego dnia zadzwoniłam do syna.

— Przyjedź na chwilę sam — powiedziałam.

Przyjechał. Zmęczony, napięty, jakby jechał na przesłuchanie.

Usiadł w kuchni, ja postawiłam herbatę i tę reklamówkę.

— Weź — powiedziałam.

— Mamo… — zaczął, ale uciszyłam go gestem.

— Nie o skarpety chodzi — powiedziałam cicho. — Chodzi o ciebie. Czy ty tam jesteś szczęśliwy?

Zamarł. Przez chwilę widziałam w jego twarzy walkę, jakby chciał powiedzieć prawdę, ale bał się, że jak ją wypowie, to wszystko runie.

— Jest okej — wyszeptał w końcu.

To „okej” brzmiało jak kłamstwo, które powtarza się tyle razy, aż zaczyna być jedyną odpowiedzią.

Położyłam dłoń na jego ręce.

— Synku… dziurawe skarpety to nie jest problem. Problem jest wtedy, kiedy człowiek chodzi w nich, bo przestaje wierzyć, że zasługuje na coś lepszego.

I wtedy jego oczy zrobiły się mokre. Nie popłakał się, nie tak, jak w filmach. Po prostu… zadrżał mu oddech.

— Mamo… ja nie chcę kłopotów — powiedział cicho. — Ja tylko chcę spokoju.

Spokoju.

A ja nagle zrozumiałam, że on nie walczy o siebie, bo walka oznacza konflikt. A konflikt w jego domu jest jak kara.

Wyszłam na chwilę do pokoju, żeby nie widział, że płaczę. Bo matka nie powinna płakać przy synu, prawda? A jednak płakałam. Bo wiedziałam jedno:

Nie chodziło o skarpety.

Chodziło o to, że mój syn wracał do mnie coraz bardziej „wyłączony”. Jakby ktoś z niego po kawałku zabierał pewność siebie, godność, radość.

A dziury na palcach były tylko tym, co widać najszybciej.

Najgorsze było to, że ja mogłam kupić mu skarpety. Mogłam mu dać jedzenie. Mogłam go przytulić.

Ale nie mogłam wejść do jego domu i nakazać, żeby był tam szacunek.

Mogłam tylko powiedzieć mu prawdę.

I modlić się, żeby kiedyś — zanim zostaną mu nie tylko dziurawe skarpety, ale i dziura w sercu — miał odwagę powiedzieć sobie: „zasługuję na więcej niż bycie tłem w cudzym życiu.”

To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Miałam 5 lat, kiedy kazali mi żebrać": Dziś nie chcę być ich opiekunką

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Sąsiadka urodziła kolejne dziecko, a sąsiedzi zrobili zrzutkę": Ja odmówiłam, bo nie ma sensu rodzić w biedzie