Drugi raz już wiedziałam, że to nie przypadek. To był zwyczaj.
Trzeci raz zrozumiałam, że to jest władza.
Mieszkamy z mężem w mieszkaniu, które urządzaliśmy miesiącami. Każdy kubek, każda zasłona, każdy drobiazg był nasz. Nasza próba zbudowania czegoś własnego, po swojemu. A mimo to miałam wrażenie, że mieszkam w domu, w którym ktoś co chwilę sprawdza, czy dobrze oddycham.
Bo jego matka miała klucze.
„Na wszelki wypadek” — tak powiedział mąż, kiedy jeszcze byliśmy świeżo po ślubie.
Nie protestowałam wtedy. Zrobiłam ten błąd, który robi wiele kobiet: zamilkłam, żeby nie wyjść na „czepialską”. Powiedziałam sobie, że przesadzam. Że nie warto robić awantury o klucze.
Klucze okazały się bronią.
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej. Marzyłam o ciszy. O tym, żeby wejść, zdjąć buty i usiąść w kuchni z kubkiem herbaty. Przekręciłam klucz w drzwiach… i usłyszałam w środku szuranie.
Ktoś był w domu.
Serce skoczyło mi do gardła.
Weszłam powoli i zobaczyłam ją w kuchni. Moja teściowa stała przy blacie, w fartuszku, którego nie kupiłam ja, tylko ona kiedyś przyniosła „bo ładny”. Na stole leżały moje sztućce, ale ułożone inaczej. Moje szafki były pootwierane, a w zlewie piętrzyły się naczynia, których ja nawet nie zdążyłam użyć.
— O, już jesteś! — powiedziała radośnie, jakby to ona tu mieszkała, a ja wpadłam w gości. — Zrobiłam porządek, bo wy to zawsze macie taki bałagan.
Zrobiłam porządek.
To zdanie zabolało mnie bardziej niż sama obecność. Bo sugerowało, że mój dom jest nie w porządku, dopóki ona nie przyjdzie i go „naprawi”.
— Skąd pani ma klucz? — zapytałam, choć przecież wiedziałam.
Uśmiechnęła się szeroko.
— Od synka. Przecież jestem matką. Jak coś się stanie, to kto wam pomoże?
„Jak coś się stanie.” Zawsze to samo usprawiedliwienie, jak wytrych do każdego przekroczenia granic.
Chciałam powiedzieć: właśnie się stało. Stało się to, że ja czuję się we własnym mieszkaniu jak lokatorka.
Ale połknęłam słowa. Powiedziałam tylko:
— Następnym razem proszę zadzwonić.
Teściowa machnęła ręką.
— Oj, dziecko, nie bądź taka sztywna. Rodzina to rodzina.
Rodzina to rodzina. A ja byłam… dodatkiem.
Wrócił mąż, a ona od razu zaczęła raport.
— Synku, u was to trzeba inaczej. Ja już poprzekładałam w szafkach, bo ona trzyma garnki jak w muzeum. I kupiłam wam inne środki do sprzątania, bo te są do niczego.
Patrzyłam na niego. Czekałam na reakcję. Na choć jedno: „mamo, nie”.
On tylko uśmiechnął się niepewnie.
— No widzisz, kochanie… mama chciała pomóc.
Pomóc.
Tak zaczęła się nasza codzienność: ona „pomagała”, a ja się dusiłam.
Wchodziła, kiedy chciała. Rano, gdy jeszcze byłam w piżamie. W południe, gdy gotowałam. Wieczorem, gdy chciałam wreszcie usiąść z mężem i pobyć we dwoje. Zawsze wchodziła tak pewnie, jakby miała prawo.
— O, a czemu tu tak ciemno? — i zapalała światła.
— O, a czemu on je takie rzeczy? — i wyrzucała moje przyprawy.
— O, a ty tak mu prasujesz koszule? — i zabierała żelazko.
Najgorsze było to, że nie rządziła tylko w kuchni.
Rządziła w naszym małżeństwie.
Raz przyszła, kiedy kłóciliśmy się z mężem w salonie. Nie słyszała całości, ale weszła i od razu stanęła przed nim jak tarcza.
— Co ty mu robisz? — syknęła do mnie. — On jest taki spokojny, a przy tobie ciągle nerwy.
Mój mąż spuścił wzrok. Jak dziecko.
— Mamo, daj spokój… — mruknął, ale za cicho. Za słabo.
Teściowa podeszła do półki, na której stały nasze zdjęcia, i poprawiła ramkę.
— Ja tylko chcę, żeby mój syn był szczęśliwy — powiedziała. — A ty… ty nie zawsze jesteś dla niego dobra.
To było jak cios w brzuch, bo powiedziała to w moim domu, przy moich rzeczach, jak sędzia wydający wyrok.
Następnego dnia znalazłam w szufladzie w kuchni karteczkę.
„Nie kupuj tych wędlin. On po tym ma zgagę.”
Podpis: „Mama”.
Potem kolejna w łazience.
„Ten proszek niszczy pralkę. Kup inny.”
Potem w sypialni, na mojej toaletce, obok perfum:
„Nie przesadzaj z makijażem, bo wyglądasz na zmęczoną. On lubi naturalne.”
On lubi.
Te karteczki były jak małe igły. Niewidoczne dla innych, ale dla mnie wbijające się codziennie.
I w końcu przyszła noc, która przeważyła wszystko.
Wróciliśmy z mężem późno, zmęczeni. Byłam po ciężkim dniu, a on po pracy. Weszliśmy do mieszkania i… poczułam obcy zapach. Jakiegoś intensywnego płynu do podłóg.
— Była tu mama — powiedział mój mąż od razu, jakby to było normalne.
— Skąd wiesz? — zapytałam.
— No… bo posprzątała.
Serce mi przyspieszyło.
— Bez nas?
— Tak… ale chciała dobrze — powtórzył jak mantrę.
Poszłam do sypialni i otworzyłam szafę.
Moje rzeczy były poprzekładane. Moje bielizna poukładana w stosy jak w sklepie. Moje dokumenty w szufladzie… ruszone. A na łóżku leżała moja koszulka, którą włożyłam rano do prania.
I wtedy zobaczyłam, że w koszu na bieliznę… nie ma tego, co było.
Ktoś w nim grzebał.
To było tak intymne, tak obrzydliwie przekraczające, że aż mi się zrobiło słabo.
— Ona była w naszej sypialni — powiedziałam cicho.
Mąż wzruszył ramionami.
— No… sprzątała.
— Ona dotykała moich rzeczy — powtórzyłam. — Mojej bielizny. Moich dokumentów. To nie jest sprzątanie. To jest kontrola.
Wtedy on, zamiast mnie przytulić, powiedział słowa, które do dziś dźwięczą mi w głowie:
— Przesadzasz. To moja matka.
To moja matka.
Jakby to kończyło dyskusję. Jakby „matka” była immunitetem na wszystko.
Wtedy pierwszy raz krzyknęłam. Naprawdę.
— A ja jestem twoją żoną! — wykrzyczałam, a łzy poleciały mi po twarzy z wściekłości, nie z żalu. — To jest NASZ dom! A ja czuję się tu jak intruz!
Mąż zamarł.
— Nie krzycz…
— Będę krzyczeć, jeśli to jedyny sposób, żebyś mnie usłyszał — powiedziałam, drżąc. — Twoja matka ma większą władzę w tym mieszkaniu niż ja.
Następnego dnia teściowa przyszła jak zwykle. Bez zapowiedzi. Otworzyła drzwi i weszła pewnym krokiem.
I wtedy zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam.
Stanęłam w przedpokoju. Wzięłam od niej klucze z ręki. Po prostu. Bez szarpania. Bez awantury. Z tą spokojną determinacją, której nauczyła mnie ta noc.
— Proszę mi je oddać — powiedziałam.
Zamarła, jakby ktoś uderzył ją w twarz.
— Co ty robisz?!
— Oddaję nasz dom nam — odpowiedziałam. — Od dziś nie wchodzi pani bez zaproszenia. Jeśli chce pani przyjść, dzwoni pani. I czeka pani, aż otworzymy. Jak każdy gość.
Jej oczy zrobiły się wielkie.
— Ja jestem MATKĄ!
— A ja jestem GOSPODARZEM tego domu — powiedziałam cicho. — I żoną pani syna.
Teściowa spojrzała na męża. Oczywiście. Zawsze szukała w nim potwierdzenia.
— Synku?!
Mój mąż stał jak wryty. Widziałam, że walczy w nim wszystko: strach przed matką, przyzwyczajenie, poczucie winy… i we mnie narastające przekonanie, że jeśli teraz znów mnie zdradzi, to ja już nie będę miała do czego wracać.
— Mamo… — powiedział w końcu, bardzo cicho. — Ona ma rację.
Te słowa były jak trzęsienie ziemi.
Teściowa pobladła.
— Co?! — syknęła. — To ona cię nastawiła!
— Nikt mnie nie nastawił — powiedział mój mąż, a ja pierwszy raz zobaczyłam w nim mężczyznę, nie chłopca. — Po prostu zrozumiałem, że… że my nie mamy małżeństwa, tylko trójkąt.
Zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałam tykanie zegara.
Teściowa spojrzała na mnie z nienawiścią.
— Jeszcze zatęsknisz za moją pomocą — warknęła. — Jak on cię zostawi, nie przychodź do mnie.
Otworzyła drzwi i wyszła, trzaskając nimi tak, że aż zadrżały ściany.
Mąż usiadł na krześle w kuchni, jakby nagle opadło z niego coś ciężkiego.
— Przepraszam — powiedział.
Nie odpowiedziałam od razu. Bo w moim sercu była ulga… i strach. Bo wiedziałam, że to dopiero początek. Że ona nie odpuści. Że będzie dzwonić, obrażać się, nastawiać rodzinę. Że spróbuje odzyskać władzę.
Ale po raz pierwszy od dawna poczułam coś, co było mi obce w tym małżeństwie:
spokój.
Bo wreszcie ktoś zamknął drzwi nie przed „matką”.
Tylko przed kontrolą, która udawała miłość.
I choć wiedziałam, że wojna dopiero się zaczyna, to ja w końcu przestałam walczyć o cudzy dom.
Zaczęłam walczyć o swój.
To też może cię zainteresować: Twoja data urodzenia to nie przypadek. Jaką moc niesie twoja dusza z poprzedniego życia
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Kolęda po 21:00 wywołała emocje. Ta kartka na drzwiach mówi wszystko