Była blada, z podkrążonymi oczami, dłonie trzęsły jej się tak, że rozsypała cukier na blat, kiedy robiłam herbatę.
— Mamo… ja już nie dam rady — wyszeptała. — Prawnik, kaucja za mieszkanie, opłaty… Ja muszę uciec.
Słowo „uciec” zabrzmiało wtedy jak sygnał alarmu. Widziałam ją już nie jako dorosłą kobietę, tylko jako moją dziewczynkę, która boi się wrócić do domu po ciemku. A ja całe życie byłam tą, która miała ratować.
— Ile potrzebujesz? — zapytałam.
Zawahała się.
— Dziesięć… tysięcy. Wiem, że to dużo. Oddam ci, jak tylko stanę na nogi. Przysięgam.
„Przysięgam” usłyszałam tak, jak matki słyszą „kocham”. Łapią się tego, bo chcą wierzyć. Bo gdy dziecko prosi, w człowieku budzi się odruch: nie liczę, ratuję.
Wyjęłam oszczędności. Te, które odkładałam po trochu: „na lekarzy”, „na czarną godzinę”, „na trumnę, żeby nie prosić nikogo”. Przelałam jej pieniądze jeszcze tego samego dnia. Bez umowy, bez papieru, bez świadków. Tylko z tym głupim przekonaniem, że przecież to córka.
Przez pierwsze tygodnie dzwoniła codziennie.
— Mamo, nie wiem, jak ci dziękować.
— Mamo, bez ciebie bym nie dała rady.
— Mamo, jak tylko się ogarnę, zacznę spłacać.
Słuchałam tego i czułam ulgę. Może nawet dumę, że potrafiłam pomóc. Że wyciągnęłam ją z piekła.
A potem… wszystko zaczęło cichnąć.
Najpierw dzwoniła rzadziej. Potem tylko pisała. Potem znikała na kilka dni. Kiedy pytałam, jak się trzyma, odpowiadała krótko: „ok”. Kiedy pytałam, czy czegoś potrzebuje, potrafiła odpisać po tygodniu.
Wtedy jeszcze mówiłam sobie: ma ciężko. Rozwód to nie spacer. Nowe mieszkanie, praca, stres. Daj jej czas.
Tylko że czas mijał, a ja zaczęłam czuć, że moje pieniądze… zaczynają żyć w jej życiu lepiej niż ja w swoim.
Bo pewnego dnia zobaczyłam na jej zdjęciu nowe buty. Potem nowe paznokcie. Potem weekend w górach. A ja siedziałam u siebie i zastanawiałam się, czy wykupić wszystkie leki, czy tylko te najważniejsze.
Zadzwoniłam w końcu.
— Córeczko… — zaczęłam ostrożnie, bo z dzieckiem zawsze mówi się ostrożnie, nawet kiedy ono ma trzydzieści lat. — Pamiętasz te dziesięć tysięcy? Mogłabyś zacząć mi oddawać chociaż po trochę? Po pięćset miesięcznie? Dla mnie to… to były oszczędności na życie.
Zamilkła na sekundę. Usłyszałam jej westchnienie, takie, jakby miała do czynienia z kimś uciążliwym.
— Mamo… — powiedziała w końcu. — Ja myślałam, że to było… no wiesz… że to darowizna.
Zatkało mnie.
— Słucham?
— No, że pomagasz mi w trudnym momencie — ciągnęła, jakby tłumaczyła oczywistość. — Przecież nie mówiłaś o żadnych ratach, nie spisywałyśmy nic. To… to była pomoc. Darowizna.
Darowizna.
To słowo zabrzmiało jak policzek. Jakby ktoś mi właśnie powiedział, że moje zaufanie było naiwnością, a mój wysiłek — prezentem, którego nie wolno już nawet wspomnieć.
— Ale ty powiedziałaś: „oddaję, jak stanę na nogi” — wyszeptałam.
— Mamo, ja byłam wtedy w rozsypce — odparła ostro. — Mówiłam różne rzeczy. A teraz mam swoje wydatki. Ty przecież też masz. Nie przesadzaj.
Nie przesadzaj.
To było zdanie, które zawsze kończy rozmowy, w których jedna strona próbuje mieć serce, a druga próbuje mieć spokój.
— Nie przesadzam — powiedziałam, czując, jak drży mi głos. — Ja nie jestem bankiem. Ja ci pożyczyłam pieniądze, bo mnie o to prosiłaś. A teraz… teraz mówisz mi, że mam udawać, że to był prezent?
— Mamo, serio robisz aferę o pieniądze? — prychnęła. — Ja się rozwodziłam. To nie był kaprys.
W tym momencie poczułam, że nie chodzi już o te dziesięć tysięcy.
Chodzi o to, że moje dziecko właśnie postanowiło, że prawda będzie taka, jaka jej pasuje.
— Dobrze — powiedziałam cicho. — Rozumiem.
Rozłączyłam się i siedziałam w ciszy. Takiej gęstej, że słyszałam tykanie zegara jak oskarżenie: głupia, głupia, głupia.
Następnego dnia pojechałam do niej. Bez zapowiedzi. Bo były sprawy, które trzeba powiedzieć w oczy.
Otworzyła drzwi w szlafroku, z miną niezadowoloną.
— Mamo, mogłaś zadzwonić.
— Mogłam — odpowiedziałam. — Ale bałam się, że znów usłyszę, że przesadzam.
Wpuściła mnie do środka. Mieszkanie było ładne, nowe, pachniało świecą zapachową. Na stole stała kawa w filiżankach, jakby ktoś miał przyjść w gości. Jej życie wyglądało „poukładanie”.
A moje pieniądze leżały w nim jak fundament, o którym nie chce się pamiętać.
— Powiedz mi prosto — zaczęłam. — Ty naprawdę uważasz, że te dziesięć tysięcy to darowizna?
Wzruszyła ramionami.
— A co to zmienia? Przecież to i tak poszło na moje życie. Na ratowanie mnie.
— Zmienia wszystko — odpowiedziałam. — Bo ja ci wtedy dałam nie tylko pieniądze. Ja ci dałam bezpieczeństwo. A ty teraz odbierasz mi moje.
Jej twarz stwardniała.
— Mamo, ja nie mam z czego ci oddać. Mam nowe mieszkanie, raty, dzieci…
— A ja mam leki, czynsz i strach — powiedziałam. — I poczucie, że własna córka zrobiła ze mnie frajerkę.
To słowo w końcu wystrzeliło. Frajerkę. Brzydkie, wstydliwe, ale prawdziwe.
— Nie pozwolę, żebyś tak o mnie mówiła — syknęła.
— A ja nie pozwolę, żebyś udawała, że nie pamiętasz, co obiecałaś — odpowiedziałam.
Wtedy ona wybuchła. Tak jakby miała to przygotowane:
— To ty zawsze wszystko wyciągasz! Zawsze mi wypominasz! Nie możesz raz pomóc i nie liczyć?!
Poczułam, że łzy napływają mi do oczu, ale wzięłam głęboki oddech.
— Pomóc i nie liczyć… — powtórzyłam. — A wiesz, co jest najgorsze? Że ja naprawdę bym ci to darowała, gdybyś przyszła i powiedziała: „Mamo, nie dam rady oddać, przepraszam, ustalmy coś”. Gdybyś miała odwagę. Ale ty wybrałaś kłamstwo. Wybrałaś słowo „darowizna”, żeby nie mieć poczucia winy.
Zamilkła. Przez moment wyglądała, jakby miała się rozpłakać. Ale zamiast tego spiął się jej podbródek.
— Nie oddam ci teraz. Może kiedyś.
„Może kiedyś.” To było jak nic.
Wstałam.
— To ja ci powiem, co będzie teraz — powiedziałam, patrząc jej w oczy. — Albo ustalimy spłatę, choćby po dwieście złotych miesięcznie, albo ja zacznę traktować tę sprawę tak, jak ty ją traktujesz: formalnie. Jak obce osoby.
Jej oczy rozszerzyły się.
— Ty mi grozisz?
— Nie — odpowiedziałam. — Ja stawiam granicę. Bo jeśli dla ciebie słowo nic nie znaczy, to ja muszę chronić siebie.
Stałyśmy naprzeciwko siebie jak dwie obce kobiety. Nie matka i córka. Obce.
I to było najbardziej dramatyczne: nie brak pieniędzy, tylko to, że między nami zrobiła się przepaść, którą wykopała… ona jednym słowem.
Darowizna.
W drzwiach zatrzymałam się jeszcze na chwilę.
— Wiesz, co ja dziś zrozumiałam? — powiedziałam cicho. — Że rozwód zabrał ci męża. Ale to, co robisz teraz, może zabrać ci matkę.
Nie odpowiedziała.
Wyszłam na klatkę schodową, oparłam się o ścianę i dopiero wtedy pozwoliłam sobie zapłakać. Bo matka zawsze płacze dopiero wtedy, kiedy nikt nie widzi.
A w głowie miałam jedną myśl, straszną, twardą jak kamień:
Czasem największy rozwód w życiu to nie ten z mężem.
Tylko ten z własnym dzieckiem.
To też może cię zainteresować: Z życia wzięte. "Moja synowa nic nie robi w domu": Śpi do 12 i ciągle ma wymówki. Nawet wnuk robi więcej niż jego własna matka
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Córka wpadała do mnie tylko po jedzenie z lodówki": W końcu powiedziałam, że wystawię jej rachunek