I mam do tego ważne powody. Cała rodzina nazywa mnie teraz „tą dziwną”, ale oni byli tylko na chwilę. Ja zostałam z tym wszystkim sama.
Zawsze byłam „tą gościnną”. Tak mnie znali: drzwi otwarte, stół zastawiony, łóżko się znajdzie. Na święta, na wakacje, na weekend „po drodze”.
– U mamy najlepiej – mówiła córka. – U mamy zawsze jest co zjeść i gdzie spać.
I tak się zaczęło. Najpierw było niewinnie – święta. Córka z mężem i dziećmi, syn z żoną, teściowa syna, szwagierka, czasem ktoś „na doczepkę”, bo „nie ma z kim usiąść do stołu”.
– Przecież ty lubisz ludzi – słyszałam. – Ty to się cieszysz, jak jest ruch.
Może kiedyś. Zanim przestałam widzieć własną kuchnię spod cudzych talerzy.
Pamiętam ten pierwszy moment, kiedy coś we mnie pękło.
Wigilia. Wszyscy przy stole, dwunastu potraw, ja od piątej rano na nogach. Wszyscy jedzą, śmieją się, kłócą o politykę, o prezenty, o to, czy karp powinien mieć ości.
Nagle słyszę, jak syn mówi do swojej żony:
– No widzisz, u mamy zawsze tak. Ciepło, jedzenie samo się robi, niczym się człowiek nie martwi.
Jedzenie samo się robi.
Spojrzałam na swoje ręce – poparzone, czerwone, suche od detergentów. Plecy bolały tak, że ledwo mogłam się wyprostować.
„Samo się robi”.
– Mamo, dolejesz barszczu? – zapytała córka z drugiego końca stołu. – Zresztą sama sobie nalejesz, co ja będę wołać – poprawiła się, ale nawet nie wstała.
Wstałam ja.
Jak zwykle.
Potem już poszło lawiną.
– Mamo, przyjedziemy na weekend, bo u nas malują – zadzwoniła kiedyś córka. – Tylko wiesz, nasza znajoma z córką też szuka noclegu, możesz je przenocować? Ty masz ten pokój po babci, stoi pusty.
Pokój po babci.
Ten, w którym jeszcze czułam jej zapach, jej książki w szafie. Dla nich – „pusty”.
Przyjechali. Weszli, rozgościli się, nawet nie zapytali, czy potrzebuję pomocy. Mąż córki rozłożył się na kanapie z telefonem, dzieci rozrzuciły zabawki, znajoma wzięła prysznic.
Po godzinie w mojej łazience wyglądało, jakby przez nią przeszło tornado: mokre ręczniki na ziemi, włosy w wannie, pasta do zębów wklepana w umywalkę.
– Przepraszam, dzieci trochę nabrudziły – rzuciła niedbale znajoma. – Ale pani to tak szybko ogarnie, ma pani wprawę.
Nie odpowiedziałam.
Wzięłam wiadro i szmatę, bo łazienka „sama się nie umyje”.
Najgorszy był zeszły sierpień.
Syn zadzwonił:
– Mamo, możemy z żoną przyjechać na tydzień? U nas upał, mieszkanie od południa, dzieci się męczą. U ciebie chłodniej, bliżej lasu, odpoczniemy.
Tydzień – pomyślałam. – Dam radę.
Przyjechali… i zostali trzy.
Bo „w pracy i tak mało roboty w wakacje”, bo „dzieci szczęśliwe”, bo „u mamy najlepiej”.
Przez trzy tygodnie gotowałam obiady dla pięciu osób, prałam góry ubrań, sprzątałam po rozdeptanych chrupkach, zbierałam mokre kąpielówki z podłogi.
Synowa miała swoje zasady:
– Pani zostawi talerze, ja potem pozmywam – mówiła co wieczór.
„Potem” nigdy nie nadchodziło. Rano zastawałam stertę brudnych talerzy, na których resztki makaronu przyklejały się jak cement. Myłam je ja. Bo nie znoszę brudu.
Pewnej nocy obudził mnie huk. Wychodzę do kuchni – syn przekopuje się przez szafki.
– Co robisz? – spytałam zaspana.
– Szukam czegoś do zjedzenia – odparł. – Macie tu coś porządnego, czy tylko te twoje lekkie sałatki?
W lodówce było pół garnka zupy, kawałek pieczeni, ser, chleb.
– To nie jest „nic” – powiedziałam. – Dziś gotowałam od rana.
Wzruszył ramionami.
– No to jutro coś zrobisz konkretniejszego – mruknął. – Tyle ludzi, to i tak wszystko schodzi.
Poszłam do łóżka i pierwszy raz od dawna rozpłakałam się w poduszkę.
Czułam się jak kucharka, nie jak matka.
Kulminacja przyszła w ostatnią niedzielę „wczasów u mamy”.
Po obiedzie powiedziałam spokojnie:
– Dzisiaj ja nie sprzątam. Zmywacie i ogarniacie wszystko sami.
Chciałam zobaczyć, co się stanie.
Cisza.
Syn spojrzał na żonę, ona na niego. Córka wzięła telefon do ręki, udając, że nie słyszy. Dzieci wyszły do pokoju.
Minęła godzina.
Stół nadal zawalony naczyniami, w kuchni coraz większy chaos. Patrzyłam na to z kanapy. Serce mi waliło jak przed operacją.
– Mamo, ale co ty robisz? – zaśmiał się w końcu syn. – Przekomarzasz się?
– Nie – odpowiedziałam. – Odpoczywam. W niedzielę też jestem człowiekiem.
– Jak ci się nudzi, to możesz coś upiec – rzuciła córka, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.
Coś we mnie trzasnęło.
Wstałam.
– Dość – powiedziałam. – Nie, nie upiekę. Nie, nie posprzątam. I nie, nie będę więcej przyjmować gości.
Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariatkę.
– Mamo, co ty wygadujesz? – Piotrek aż się podniósł. – Przecież my rodzina, nie „goście”.
– Goście – powtórzyłam. – Tacy, którzy przyjeżdżają, robią bałagan, jedzą, śpią, wymagają i po sobie nic nie zostawiają poza zużytym ręcznikiem. Rodzina pomaga, a nie tylko bierze.
Synowa parsknęła.
– Ojej, obraziła się – mruknęła. – Nikt cię o hotel nie prosił. To ty zawsze mówiłaś „przyjeżdżajcie, przyjeżdżajcie”.
– Bo kiedyś myślałam, że ktoś przyjeżdża do mnie – odpowiedziałam. – A nie do pełnego garnka.
Następnego dnia spakowali się szybciej niż kiedykolwiek.
– Jak masz taki humor, to nie będziemy ci przeszkadzać – rzucił syn. – Jak ci przejdzie, to zadzwoń.
„Jak ci przejdzie”.
Jakby to była grypa, nie lata tłumionej frustracji.
Córka zadzwoniła wieczorem.
– Mamo, co ty odwalasz? – zapytała wprost. – Całe życie u ciebie siedzimy, a teraz nagle nie chcesz gości?
– Nie – odpowiedziałam spokojnie. – Nie chcę.
– A wnuków też nie chcesz widywać?! – usłyszałam w jej głosie szantaż.
Zaciśnięłam powieki.
– Wnuki kocham – powiedziałam cicho. – Ale nie kosztem własnego zdrowia. Mogę przyjechać do was, pobyć z nimi, pomóc. Ale koniec z tym, że mój dom zamienia się w darmowy pensjonat.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Wiesz co… – odezwała się w końcu. – Zrobiłaś się egoistką.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Może – przyznałam. – Tylko że ja całe życie byłam altruistką. I jakoś nikt tego nie zauważył.
Od miesiąca telefon dzwoni rzadziej. Nie ma propozycji: „wpadniemy na weekend”, „wpadniemy na obiad, bo u ciebie najlepiej”.
Na początku bolało. Pusto w domu, cicho. Żadnych małych rączek, żadnych hałasów, żadnych brudnych talerzy.
Ale pierwszy raz od lat obudziłam się w sobotę i nic nie musiałam. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam przy stole, zjadłam śniadanie na ciepło, a talerz położyłam w zlewie… i umyłam go dopiero wtedy, kiedy miałam ochotę.
Wieczorem ugotowałam obiad dla jednej osoby. Zostało na jutro. Nikt nie wyjadł „po drodze”, nikt nie zapytał „czy jest coś porządnego”.
Zaczęłam oddychać.
Nie mam najmniejszego zamiaru więcej przyjmować gości. Nie takich, którzy widzą we mnie tylko kucharkę i darmowy hotel.
Jeśli kiedyś znów ktoś przekroczy próg mojego domu, chcę, żeby pamiętał, że schodzi się po schodach do człowieka, nie do garnka.
A jeśli to oznacza mniej wizyt, mniej śmiechu i mniej ruchu – trudno.
Wolę samotne śniadanie przy małym stoliku niż pełen stół ludzi, którzy nawet nie zauważają, że ktoś przy nim nie usiadł, bo stoi przy kuchni z garnkiem w ręku.
To też może cię zainteresować: Polacy już to przewidują. 2026 w polityce może wyglądać gorzej, niż się wydaje. Sondaż mówi jasno
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Ksiądz ujawnia prawdę o Nawrockim i jego żonie. Plotki okazują się faktem. Co dzieje się w Belwederze