Siedzę przy tym samym stole, przy którym kiedyś stawiałem mu kubek z kakao. Nogi mam słabsze, ręce mi drżą, ale pamięć – niestety – wciąż ostra jak brzytwa. Pamiętam każdy podpis, każdy uśmiech, każde „dziadku, przecież my jesteśmy rodziną”.

To było trzy lata temu. Wnuk, mój ukochany Piotruś, mój „mały mężczyzna”, przyjechał pewnego dnia z uśmiechem od ucha do ucha.

– Dziadku, pomożesz mi? – usiadł naprzeciwko, wyciągając papiery. – Chcemy z Anką wziąć kredyt, urządzić się. Bank się czepia, że nie mamy zabezpieczenia. Jakbyś przepisał dom na mnie, to wszystko będzie łatwiej. Ty przecież i tak tu będziesz mieszkał do końca, to tylko formalność.

„Formalność”. To słowo rozgościło się wtedy w mojej głowie jak nieproszony gość.

Spojrzałem na niego. Widziałem chłopca, którego uczyłem jeździć na rowerze, który łapał mnie za szyję i mówił: „Dziadku, jak ty umrzesz, to ja też umrę, bo bez ciebie nie umiem żyć”. Teraz siedział przede mną dorosły mężczyzna, ale w oczach miał tamtego chłopca. Tak mi się wtedy zdawało.

– Żebym ci nie zaszkodził… – mruknąłem niepewnie.

– Dziadku, przecież ja cię kocham – pochylił się, ścisnął mnie za rękę. – Przecież nie wyrzucę cię z domu. Nigdy. Tylko podpisz, proszę, bo bez tego stoimy w miejscu.

Wzięliśmy notariusza, przyjechała jego narzeczona, wszyscy się uśmiechali. Nawet notariusz powiedział:

– Sporo jest teraz takich spraw, dziadkowie pomagają wnukom. Piękna rzecz – pokiwał głową.

Podpisałem. Drżała mi ręka, ale podpisałem. Czułem nawet dumę, że zostawiam po sobie coś więcej niż stary płaszcz i parę fotografii w szufladzie. „Dom zostanie w rodzinie” – pocieszałem się.

Pierwszy rok jeszcze był dobry. Przyjeżdżali częściej. Przywozili ciasto, kawę, wnuk raz naprawił cieknący kran.

– Dziadku, jak się wprowadzimy, to tu wszystko odnowimy – obiecywał. – Łazienkę, kuchnię, dach. Będzie jak nowy.

Ja się tylko uśmiechałem. Mnie już nie było trzeba niczego odnawiać, byle dach nie przeciekał, byle kaloryfer ciepły był. Człowiek jak jest stary, to dużo nie potrzebuje. Trochę spokoju, trochę życzliwości.

A potem wizyty zaczęły rzednąć.

Telefon coraz częściej milczał. Jak dzwoniłem, słyszałem:

– Dziadku, teraz nie mogę, potem oddzwonię.

Nie oddzwaniał. Przyjeżdżali tylko wtedy, kiedy trzeba było coś podpisać, coś załatwić w urzędach. Dom przestał być „nasz”, zaczął być „ich”.

– Wiesz, Anka mówi, że trzeba by powoli myśleć o remoncie – rzucił raz. – Może byś zszedł z góry do małego pokoju na dole? Będzie ci łatwiej schodzić po schodach.

„Zszedł z góry”. Z mojego pokoju, z szafy, w której wisi jeszcze garnitur po twojej babci śmierci, z półki z jej książkami. Zacisnąłem zęby.

– Dobrze – powiedziałem. – Jak wam wygodniej.

Zszedłem. Do małego pokoiku, w którym kiedyś trzymałem narzędzia. Pomyślałem, że to nic. Przecież nadal tu jestem. Nadal „u siebie”.

Prawdziwy cios przyszedł pewnego listopadowego popołudnia. Za oknem lało, w kościach łupało, siedziałem owinięty kocem. W drzwi zadzwonił Piotrek.

Był spięty. Nie chciał herbaty. Usiadł naprzeciwko, jak wtedy, z papierami.

– Dziadku, musimy pogadać – zaczął.

Serce mi zadrżało.

– Co się stało?

Wzruszył ramionami, patrząc gdzieś w bok.

– Wiesz, mamy ciężko. Kredyty, inflacja, Anka w ciąży, trzeba urządzić pokój dla małego… Ten dom jest duży, koszty ogromne. Nie stać nas na wszystko. – Westchnął. – I wiesz… My myśleliśmy, że może dla ciebie byłoby lepiej w takim ośrodku. Dom opieki. Profesjonalna opieka, lekarz, ludzie w twoim wieku. Tu sam siedzisz, to depresyjnie.

Przez chwilę nie zrozumiałem.

– Do… przytułku? – wydusiłem.

Skrzywił się.

– Nie mów tak. To dom spokojnej starości. Fajny. Byłem, widziałem.

Patrzyłam na niego, jakby mi ktoś zamienił wnuka na obcego człowieka.

– A po co ci wtedy był ten podpis, Piotruś? – zapytałem cicho. – Przecież mówiłeś, że dom będzie nasz. Że ja tu do końca…

Wzruszył ramionami.

– Dziadku, nie bądź dziecinny. Dom jest mój – poprawił. – Tak jest w papierach. I ja muszę myśleć o swojej rodzinie. Ty swoje życie przeżyłeś. My dopiero zaczynamy. Tam będzie ci lepiej, serio. Tutaj tylko zawadzasz.

„Zawadzasz”.

Stare słowo, które powiedziała mi kiedyś teściowa o psie, którego chciała oddać do schroniska.

– Ale… ja tu całe życie – szepnąłem. – Tu z twoją babcią… Tu twój ojciec dorastał… Ty…

– Przeszłość, dziadek – przerwał mi niecierpliwie. – Nie żyje się wspomnieniami. Po co się męczyć?

Mnie się nie chciało mówić. Gdzieś z tyłu głowy odzywał się głos mojego ojca, dawno umarłego: „Zawsze pamiętaj, że człowiek się poznaje po tym, jak traktuje słabszych”. Zobaczyłem twarz mojego syna, który umarł szybciej niż ja. I nagle zrozumiałem, że wszyscy poszli przede mną, zostawiając mnie sam na polu bitwy, której nie rozumiem.

Noc po tej rozmowie była najdłuższa w moim życiu.

Siedziałem przy oknie, patrząc na ogród. Drzewa, które sam sadziłem, gdy byłem jeszcze silny. Jabłoń, z której Piotrek spadał jako mały chłopiec, rozbijając sobie brodę. Śliwa, pod którą chował się pies. Każdy kamień miał historię. Każdy schodek pamiętał jakiś krok.

A mój wnuk, któremu oddałem wszystko, chciał mnie stąd wynieść jak stary mebel. Najlepiej od razu z oczami zamkniętymi na wieczność – tak byłoby mu najwygodniej, bez dylematów, bez rozmów, bez patrzenia mi w oczy.

Nie powiem, myślałem wtedy o śmierci. O tym, że może prościej byłoby po prostu się nie obudzić. Żeby nie widzieć, jak sprzedają moje meble, jak malują ściany na „modne kolory”, jak obcy ludzie chodzą po mojej podłodze w butach.

Ale zaraz potem poczułem coś innego. Coś, czego się po sobie nie spodziewałem w tym wieku: wściekłość. Taki ostry bunt, który przegonił łzy.

„Oddałeś mu wszystko za życia” – powiedziałem sobie w myślach. – „Dostał dom, dostał twoje zaufanie, całe serce. I co ci zostało? Ty sam. I twoje imię. Tego jeszcze nie podpisałeś”.

Rano, zamiast pakować się do przytułku, pojechałem do prawnika. O laskach, powoli, z wysiłkiem, ale doszedłem. Notariusz, który kiedyś się uśmiechał, już się nie śmiał. Powiedział, że „to skomplikowane”, że „darowizna tak łatwo się nie cofnie”, ale są różne możliwości. Zacząłem pytać, słuchać, notować.

A wieczorem, kiedy Piotrek zadzwonił z pytaniem:

– Dziadku, kiedy jedziemy obejrzeć ośrodek?

Odpowiedziałem spokojnie:

– Synku… ty już masz swój dom. Ja mam swoje imię i swoje prawa. I jeśli chcesz mnie zobaczyć z oczami zamkniętymi na wieczność, to jeszcze chwilę poczekasz. Najpierw popatrzysz mi w oczy w sądzie.

Zamilkł. Pierwszy raz to nie ja się bałem ciszy.

Nie wiem, jak ta historia się skończy. Może przegram. Może wygram tylko kawałek czasu. Może już zawsze będę dla niego starym problemem, którego nie udało się „ładnie załatwić”.

Ale jedna rzecz jest pewna: już nie jestem dziadkiem, który podsuwa mu podpisy pod nos z drżącą ręką i wdzięcznym uśmiechem.

Jestem człowiekiem, którego nie da się tak łatwo wyrzucić jak stare krzesło. Nawet jeśli oni bardzo by chcieli. Nawet jeśli najchętniej zobaczyliby mnie z oczami zamkniętymi na wieczność – byle tylko wreszcie mogli żyć spokojnie w „swoim” domu.

To też może cię zainteresować: Tak mieszkają najbiedniejsi Polacy. Żyją za 10 zł dziennie

Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach: Z życia wzięte. "Po odejściu taty matka zamieniła mnie w służącą": Już się nie dziwię, że ojciec w końcu odszedł na tamten świat